Druga „kuzynka” z Facebooka ;)

Pierwsza znalazła mnie sama…. mamy takie same nazwisko – jej dziadek okazał się być krewnym i chrzestnym mojego taty 🙂
To było już z dekadę wstecz 🙂


13 lipca dostałem wiadomość:
„Chce pan takie?”

Z zasobów własnych

I dalej:
Bardzo chętnie. Kogo mam za to zgładzić lub jaką łapówkę wysupłać?
Haha nikogo i żadną.

Kilka zdań dalej:
Robię drzewo genealogiczne mojej rodziny i grzebię w tym mocno…
Fajna rozrywka, ja się dogrzebałem do XVIII wieku.

A już wiele zdań potem….

A bo ja mam pra pra pra…. chyba już sześć razy pra dziadka Tokarczyka….

Ogólnie, linia tych nazwisk ciągnie się u Magdy jeszcze dalej…

I dopóki rozmawialiśmy o samych nazwiskach, specjalnie się nie interesowałem, ale kiedy zaczęła wspominać miejscowości, które znam i to całkiem dość dobrze…. Kociszew, Chynów, Marki, Grabostów, Kuźnia Kociszewska, Wólka Głupicka, Głupice…. nagle pojąłem, że to przecież moje rodzinne strony po mieczu! A kiedy pisaliśmy już przez moje prywatne konto na FB, od razu zapytała, czy aby nie miałem w swoich przodkach jakiejś Antoniny…. No i bach, miałem. A jakże! Ale w tym pokoleniu akurat się minęliśmy, bo jej Antonina wyszła za mąż ok. 1850, a moja urodziła się w 1871. Ale jednak jakaś wątpliwość w nas tkwiła, bo wydawało się to aż nieprawdopodobne, aby nasi przodkowie, mieszkając w tych samych wsiach – nigdy się nie przemieszali. I dziś, zupełnym przypadkiem przeglądając najstarsze zakamarki moich korzeni natrafiłem na Marcina Tokarczyka, który ożenił się z Apolonią! Łuczak…. Przekręciło się imię, ale kiedy się to już naprostowało…. No pewnie! To mój przodek, pradziadek mojego dziadka, czyli pięć razy pra- wstecz! Mało tego. Kopiąc jeszcze dalej – uzupełniłem sobie dziś jeszcze datę ślubu najstarszych moich przodków, która mi jakoś umknęła w poprzednich poszukiwaniach.

Tak czy owak, rozmawiając jeszcze pierwsze dnia, Magda wyjawiła mi swoje marzenie, że chciała by wiedzieć, gdzie stał młyn o nazwie Tokarz – obok Chynowa, bo ona nie ma żadnych map z dawnych czasów…. Uśmiechnąłem się, bo wtedy już lipkowałem na ten obszar u Davida Gilly „SpecjalKarte Sudprussien” z  roku 1802.

„Mapę tamtego obszaru z 1802 mogę pani sprezentować.

Ma Pan ?????!!!!

Podpowiem pani, że właśnie patrzę na młyn o nazwie Tokarz 😉

Nieeeeeeeee

Zaraz się popłaczę.

Wyślij Pan zdjęcie! Błagam!!!!!!

Ooo… to nie są tanie rzeczy 😀😀

Hahahqhah cokolwiek

Oddaje :)))))(

Oddam prawie wszystko (…)”.
Zrozumiałem, że dalsze droczenie się może przynieść tylko szkód więc wstawiłem w rozmowę fragment mapy.

David Gilly Sudprussien SpecjalKarte 1802-1803. Pole C3
Źródła nie pamiętam, kiedyś wystawiono te mapy do wglądu w okienku 500×500 pikseli…. i można było przesuwać po pół okna jednym ruchem kursora z klawiatury.
Odwaliłem krecią robotę ze screenami w tysiącach sztuk, by połączyć to w pasy a w potem w całość.
Kilka tygodni zeszło, ale warto było!

No i tu nastąpiła mała pauza w dyskusji, musiało nadejść nasycenie wzroku i wyobraźni.
I radości.

Potem rozmowy potoczyły się dalej.
Aż stanęło na tym, że prócz posiadania takiego skanu, udało mi się chyba odnaleźć go w realu.

Zacząłem od weryfikacji miejsca, szukając miejscowości na mapie, potem wędrowałem kursorem po okolicy próbując ustalić jakieś konkretniejsze detale, aż sięgnąłem do LIDAR-a. I to okazało się być strzałem w dziesiątkę.

Jak mi się wydawało, odnalazłem stare koryto Grabi, które dziś jest… wypukłymi liniami, co mnie trochę zastanawiało, ale zrozumiałem, że to są zasypane nieco na wyrost koryta rzeki oraz sztuczny wykop pod prostym kątem, który powinien być właśnie śladem po samym młynie.
Nadsypywano ziemi, aby osiadła i by się wkomponowała w płaszczyznę, ale chyba trochę za wiele jej tam wyłożono i się już nie wpasowała i stąd…. Dokonały zarys przebiegu koryta w nadłożonej ziemi.
Aby jeszcze bardziej się upewnić, sprawdziłem zwykłe zdjęcia, satelitarne i widać wyraźnie zmiany wegetatywne, sugerujące ingerencję w jednolitą zwartość gleby.

To już był szczyt! To już było drugie marzenie, które mogło się jej ziścić.

No, to czemu tego nie sprawdzić w terenie?
I tak, umówiliśmy się na wizję lokalną, na dzisiejszy ranek.

I ruszyliśmy z rana, zaopatrzeni w bułki z pasztetem (JA :D) i bułki jagodzianki u Magdy w bagażniku.

Plan był prosty – dojechać i zacząć najpierw wypytywać tubylców. Jeśli oni coś potwierdzą, to będzie tym większa szansa na to, że mam rację.

Pierwszym punktem było losowo wybrane gospodarstwo w Chynowie, niemal na samym początku. Pani nie wiedziała, ale przytomnie odesłała nas do pani sołtysowej. Tam też za wiele się nie dowiedzieliśmy, ale odesłała nas pani do pana A. Nazwiska nie pamiętam, ale też nie chce pokręcić więc zostaniemy przy pierwszej literze. Bo oni mieli ten młyn na swoim podwórku!

No, to trochę mnie zaskoczyło, bo nijak otwarta łąka nie kojarzy mi się z podwórkiem, ale ok. jedziemy do pana A. Po kilku jeszcze po drodze zaczepionych adresach (brak rezultatów) dojechaliśmy.  No i pan A. miał faktycznie młyn u siebie: „bo to panie szła rzeka, potem ją zasypali i młyn się zapadł w sobie, dzisiaj nie ma po nim śladu”…. I pytam: To był ten młyn Tokarz?
A Tokarz?! A to nieeee, to tam było – i macha ręką w stronę mojego typowania. No i się wszystko znowu jakby zgadza. I on mówi, jedźcie do Z. Oni będą wiedzieli. Skręćcie tam jedźcie trochę wgłąb lasu, będzie nowy płot, metalowy taki i tam się dowiecie. No i wracamy, kluczymy nieco, w końcu trafiamy za daleko i lądujemy w miejscu, gdzie ja typowałem jeszcze wczoraj, by pojechać od razu do gospodarstwa stojącego najbliżej tego pola. Ale nikogo nie zastaliśmy. Tylko pieski nas obszczekały. I Magda wtedy wypatrzyła panią idącą wzdłuż rzeki. I poszedłem do niej, ale ona też nic nie wiedziała. Wtedy uznaliśmy, że czas jechać i szukać tego metalowego płotu. I tu ukłon w stronę szefowej wycieczki, który wyczuła chyba jakiś dziesiątym zmysłem, że to tu a nie tam, i że trzeba pojechać jakoś tak głębiej… no i trafiliśmy na metalowy płot. I znowu nas pieski obszczekały, ale była pani. Pieski zostały odegnane i można było porozmawiać. Przedstawiliśmy się i powód naszego najścia…. I pani wyszła przed bramę i mówi: A pani to jest nasza klientką! Magda zrobiła wielkie oczy. Pani do nas przychodzi na śniadania. Do Bugajova Pabianice. I Magda zaskoczyła. I od razu lody się same przełamały. Pani zaprosiła nas do środka, usiedliśmy na tarasie, skojarzyła moją stronę więc dalszych wyjaśniających pytań już nie było i zaczęło się maglowanie telefonów. I gdzieś tak w połowie wyszło, że jej krewna, do której zadzwoniła…. To była pierwsza pani, od której dzisiaj zaczęliśmy nasze poszukiwania 😀
Potem była jeszcze rozmowa z moją koleżanką Anią, bo wyszło, że tu jest jakieś stowarzyszenie związane z Grabią, a to rejony działań Ani. Ta więc skontaktowała się z panem W. a ten pan skontaktował się z panem Ch. który niedługo później napisał do mnie na SzP i tak od słowa do słowa…. Pani Kasia przebrała się, zapakowała w nasz transport i ochoczo ruszyła pokazać nam pole, gdzie uważała, że powinno to być…. No i oczywiście! (Uff!) – to było to moje wytypowane pole 🙂

Gonitwy po wsi masa, słońca masa, emocji jeszcze więcej. Śmiechy i łapanie się za głowy.

Za kilka dni wrócimy jeszcze do tematu, bo spotkamy się z moją „nową” kuzynką i panem Ch. na rozmowę o młynie Tokarz, bo posiada on szerszą wiedzę o tym terenie. Zapewne jeszcze coś do tego dopiszę.


„Bo wie pan, mój prarpra… któryś tam pra…wuj to się nazywał Marcin Tokarczyk….”

 
No i masz……… Jej praprapraprapradziadek…. Okazał się też moim 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *