Dominus Temporis. Część druga.

Lekcja życia.

Na wykładach uczono nas, aby zmiany wprowadzać w odwrotnej kolejności do ich następstw, gdyż inaczej pogubimy się w swoich działaniach. Zatem skacząc do wybranego okresu, kiedy ma się coś wydarzyć, musimy uruchamiać tzw. „wyzwalacz”, który sprawi, że uruchomi się proces, który zaplanowano a dopiero potem iść dalej, by ten wyzwalacz stworzyć. Prostowanie życia Fuschowi było dobrym tego przykładem. Bo, mimo że trwało dla mnie chwilę w sumie, raptem dwa dni, to jednak można by się pogubić. Natłok wrażeń wywołanych skokiem, nową rzeczywistością, wpływ niespodziewanych czynników, zmiennych i składowych których nijak przewidzieć się nie da przecież będzie miało wpływ na to, co zrobimy i jak to zrobimy. Zawsze też trzeba brać poprawkę na to, że możemy zawieść. My, agenci. Wykonawcy planów. Może spaść coś na głowę, coś nas przejechać, nadziać się na nocnego nożownika w pijackim rajdzie… tysiące możliwości, które się nie wydarzyły, ale mogły by, bo się pojawiamy tam, gdzie nas nie było. „Granie” czasem i wydarzeniami może wytworzyć całą masę alternatywnych wyników, których przewidzieć się nie da. Teoria kropli w oceanie powala brać poprawkę na wiele, ale zawsze istnieje opcja „przelania czary” i ta jedna kropla za dużo – wywołująca lawinę. Szanse mniejsze niż wygrana w Totka, ale nadal możliwa.

Tym razem skok miał być odleglejszy, bo do XIX wieku, do 1823 roku.

Tu już było ze mną trochę gorzej, bo o ile jeszcze nadal doskonale orientowałem się w topografii miasta, to z mentalnością autochtonów oraz carskiej okupacji mogło się wiele pokomplikować. A zadanie wydaje się być względnie proste. Nie dopuścić do spalenia całego miasta.

Betka, rzekłby pewnie mój starszy brat. Gdybym takiego miał.

Pabianice poszły z dymem w 1823 roku. Powtórka z roku 1790, ale wtedy jeszcze byli chętni na złożenie się na odbudowę miasta. Drugi raz już jednak nie nastąpił. Miasto w zasadzie nie nadawało się do ponownego zamieszkania. Ci, którzy przeżyli pożogę wynieśli się, jak stali. Wszystkie ich dobytki pochłonął ogień. Z dymem poszedł kościół z probostwem oraz dwór z drewnianym zamkiem wokół niego, dom murowany obok też. Garncarska, gdzie to się zaczęło ponoć zaczęło, Poprzeczna, Majdany i Szewska, większa część Tuszyńskiej. Niewiele się ostało. Za starym cmentarzem. Tam  ogień nie doszedł. Mnóstwo ofiar pośród ludności, bydło… Tamtej nocy szalała potężna wichura, wiało z północy… nieszczęśliwie z północy właśnie, co przecież zwykle się nie zdarza. Ale tej nocy burza nadeszła od północy. Nagle i z wielkim impetem. Miasto nie miało żadnej straży ogniowej wówczas. Kto miał cebrzyk, ten mógł coś działać… Ale… co da jedno czy nawet pięćdziesiąt wiader wobec nagłego szkwału? Zakładałem, analizując wspomnienia zawarte w kilku księgach miejskich Łodzi, że pożar miał kilka źródeł, ale głównym i najgorszym w skutkach było właśnie to na Garncarskiej. Z pozostałymi jakoś sobie poradzono. Ludzie wspominali, że kościół udało się częściowo uratować i zagasić dach, tak że uratowano i wieżę i organy, które były przecież w jakimś sensie ‘sercem’ kościoła.

Kiedyś czytałem o pożarze Chicago, jak to krowa kopnęła lampę naftową, zajęła się stajnia, potem domy obok i rychło cała dzielnica zamieniła się w jedno ognisko.

Tu było podobnie. Tyle, że ‘krową’ okazał się pewien parobek, któremu zachciało się gorzałki w poczuciu rozczarowania pewną panienką, zachlał gębę, zakurzył sobie fajeczkę, przysnął w obórce… no i wiadomo co dalej.

Moim zadaniem było zmienić tę kolej rzeczy.

Kłopot leżał w tym, że nie miałem pojęcia, co to za chłopek, kim była owa panienka, gdzie mieszkali, bo on przecież wcale nie musiał leczyć swych sercowych ran we własnym obejściu, wiele domostw wtedy było w stanie ruiny, opuszczonych lub zaniedbanych… Żadnego punktu zaczepienia. Słabo. Musiałem odbyć szybki skok do siebie, odpocząć, odświeżyć się, pobrać ubrania, zaopatrzyć się w gotówkę i lecieć dalej. Zaopatrzony w węzełek i przebrany we wdzianka z epoki  wyeksportowałem się do przeszłości. Tu, jeszcze jedna kolosalna zasługa dla AI. Żadnych raportów. AI zestawiała linie czasowe i weryfikowała skuteczność naszych działań. Nie musiałem się tłumaczyć, czy usprawiedliwiać – liczył się najbardziej efekt końcowy. Reszta było zbędnym dodatkiem.

I na dzień dobry wlazłem prawie na stadko krówek pasących się w pobliżu. Spłoszone rozryczały się szalenie i rozbiegły. O ile krówki jeszcze bym przeżył, to wtopa była spora, bo stał nieopodal mnie jakiś obdartus z witką w zębach i gapił się niepomiernie zdziwiony. Uznałem, że nie się co oglądać na niego i szurnąłem w stronę pobliskiego lasku. W międzyczasie znów mi się dostało od siebie samego. Debilu! Myśl trochę. Cmentarz Mariawitów zaistnieje tu raptem za jakieś osiemdziesiąt lat! Gdzie cię nosi! Ale mleko się już rozlało i trzeba było wiać. Młody szybko z osłupienia chyba nie wyszedł, bo nie słyszałem żadnych krzyków czy innych hałasów. Krówki pasły się już względnie spokojnie, powoli wracając w poprzednie miejsce, w dół, bliżej Pabianki, gdzie dostrzegłem dzieciaczka biegającego i zaganiającego je do stadka. Nerwowo oglądał się za siebie poganiany przez starszego chłopa, którego wcześniej nie zauważyłem (Szlag by to!) i nie przejawiał już zainteresowania obcym, który zmaterializował mu się przed nosem. Czułem, że trzeba będzie to naprawić i coś mi mówiło, że właśnie to się teraz dzieje. Odprężyłem się. Nie umiałem się jeszcze przyzwyczaić do sytuacji, w której jakieś moje działanie może sprawić, że będzie ono miało tak bliski mnie efekt. Sytuacja zupełnie zbliżona do tej z podsłuchiwaniem Klary.

Miasto już mi miasta w niczym nie przypominało. Wedle moich standardów to już była wieś. Tylko trochę bardziej skupiona w sobie przy parunastu uliczkach, a nie rozwleczona przy jednej drodze, jak to w moich czasach jest. Większość drewniana, kryta strzechą, nieliczne murowane budynki, ale bida aż piszczała. Przypomniało mi się rozdział z Fijałka, gdzie przytoczył dwa przykłady co ile mogło kosztować sto lat wcześniej. Dom z obejściem, oborą i stajnią wraz z dobytkiem na licytacji miał być wart trzysta pięćdziesiąt złotych, gdzie dla porównania gdy kapituła sprowadziła do miasta sprzęt do pędzenia gorzały i browaru za blisko szesnaście tysięcy… za tyle kasy mogli by wykupić sobie całe miasto. Bez najmniejszego kłopotu. Jeszcze na piwo by im zostało w szynku.

Dziwnie się czułem w słomianym kapeluszu a lniane przyodzienie też nie było najwygodniejsze, drapało i łaskotało jednocześnie. Zalecano mi nie brać butów, ale tego wyrzec się nie potrafiłem. Lepiej już uchodzić za lepszego kułaka niż modnego pana z wielkiego miasta, jakiego tam raczej by się nie uświadczyło, a przecież miałem się nie rzucać w oczy, to też pozostałem przy kułackim wdzianku. Buty musiały być i już. Z obcymi kłopot jest taki, że w tak małych społecznościach i tak są widoczni jak na dłoni, więc jak już, to wolałem tak się wyróżniać, mimo wszystko.

Ale kiedy wszedłem na rynek, nikt na mnie nawet nie spojrzał. Zewsząd czułem zapach łajna i słomy. Dzień był duszny i irytująco bezwietrzny.

Przez chwilę zastanawiałem się nad datą. Kiedy skakałem między wojnami, trzymałem się kalendarza, bo miało to znaczenie dla ciągłości zdarzeń. Ale sto lat wcześniej… poza świętami kościelnymi chyba innych tu nie obchodzono, przynajmniej nie tak chętnie, jak z carskiego ukazu… urodziny cara czy inne jakieś? W sumie mało mnie to interesowało. Był rok 1823, miesiąc sierpień, dzień trzeci. Niedziela. Dzień targowy. Tyle podszepnęła mi AI. Żadnych świąt tego dnia i większych aż do listopada. I to musiało mi wystarczyć. Tak będzie jeszcze przez dwadzieścia lat, aż do 1842 roku, kiedy to odświeży się stary zwyczaj jeszcze z jagiellońskich czasów dwóch dni handlowych: we wtorki na rynku Starego Miasta i w piątki na rynku Miasta Nowego.

Usiadłem pod kościołem. Oparłem się o nagrzany mur i obserwowałem teren. Od czegoś musiałem zacząć, ale od czego? Kim jest ten chłopek? Może tamten z gąskami na powrozach przytrzaśniętych sporym polnym kamieniem, a może tamten z fajką w zębach, głaszczący konia po szyi… Zbyt wielu ich tu było. Nawet jak na taką wiochę. Nie sposób ogarnąć. Patrzyłem na budynek na środku rynku, choć jakby bliżej wschodniej strony placu. No, prawie na środku. Zobaczyłem zakonnika wchodzącego do środka i po chwili wychodzącego z małym zawiniątkiem w garści. Trzos? Utarg dzienny? Pamiętam, że ratusz na rynku dzielił izbę z szynkiem… Wygodny interes w sumie. Mogłeś zapłacić daninę i zaraz po tym się napić gorzałki nie wychodząc nawet na dwór. Dwa w jednym. Czułem narastające pragnienie i głód. Czas było zainteresować się czymś do zjedzenia. Wszedłem więc do szynku i zastałem ciekawy widok.

Budynek był jednoizbowy. Ściany z pionowo zbitych tarcic, grubych, niezbyt równych, nawet nieokorowanych na solidnym szkielecie z masywnych krokwi. Po środku, bliżej ściany naprzeciwko stał spory piec z dziurą od strony szynkwasu, do niego dostawiono wysoki szynkwas, taki że wystarczyło oprzeć się o niego łokciami niemal bez zginania pleców.

Brakowało tylko hokerów i rurki tuż nad podłogą na podparcie stopy. I kowbojów.

Western jak malowany.

Po lewej za piecem stała wielka ława długim bokiem do wejścia, stół w sumie, na masywnych krzyżakach a za nią na starym, rzeźbionym krześle jakiś facet w solidnie podniszczonym surducie i kompletnie zmarnowanym cylindrze… Zdusiłem w sobie śmiech, bo wydawał się być tu figurą co się zowie i nie należało mu podpadać byle podśmiechujkami. Na stole zaś księga spora spoczywała, kałamarz i nieco wyświechtane gęsie pióro. Jegomość siedział wyprostowany, z dłońmi wspartymi o rant blatu i czytał coś, mocno mrużąc oczy. Spojrzał przelotnie na mnie, pochyliłem się nieco i zdjąłem kapelusz z głowy.

 – Pochwalony. – powitałem go.

 – Na wjeki wjekuf… – odparł zdawkowo z mocnym wschodnim akcentem i wrócił do czytania.

Oparłem się o ścianę po prawej, przy szynku.

Zza pieca wylazła gruba baba i spojrzała na mnie wymownie.

 – Chleba dajcie – zaordynowałem. – I piwa.

Nawet nie drgnęła. Czekała.

Sięgnąłem do swojego trzosiku na szyi, wysupłałem kopiejkę i położyłem na desce.

 – Dwie. – warknęła nie ruszając się dalej.

 – Nooo… To ino chleba. – stęknąłem, udając rozczarowanego drożyzną.

Wzięła monetę i bez słowa odwróciła się na pięcie. Po chwili wróciła z ćwiartką wielkiego wiejskiego bochna. Był lekko obeschnięty z jednej strony, pewnie odkroiła teraz od połówki.

 – Bydzie. – I położyła przede mną.

 – Być musi. – odparłem i wyszedłem.

Nic nie odpowiedziała a i mnie się nie spieszyło do dyskusji. Zawinąłem się zaraz za rogiem i wtopiłem w tłum, przeżuwając urwany kawał ciasta. W życiu nie jadłem tak kwaśnego chleba, ale i tak smakował mi bardzo. Bez soli, sama mąka i zakwas… choć poczułem coś jeszcze. Znałem ten zapach i smak. No jasne, chrzan! – wykrzyknąłem w duchu. Pod chleb kładziono do pieca liście chrzanu. Stara szkoła, lol…

Pamiętam swoje dyskusje na temat umiejscowienia ratusza na rynku z kumplem, archeologiem. Argumentacje, gdzie pierwotnie miał się rynek znajdować wytyczony jeszcze XIII wieku ucięła ostatecznie martwica bezrozumnych buców archiwistów kapituły krakowskiej, gdzie bezskutecznie starałem się sam (również poprzez inną instytucję kościelną) a także oficjalnie, przez koleżankę – a pracownicę naszego muzeum – o pozyskanie skanu lub wglądu w dokumenty ksiąg inwentarza Kapituły Krakowskiej z 1685 roku, w których miał się zachować dość dokładny opis rynku. Jego skrótową formę przytoczył w 1952 roku ks. Jan Fijałek, który według mojego rozumowania znajdował się między Poprzeczną a… i tu mam sporność nazewnictwa ulicy, gdyż o ile ta pierwsza nosi swoją nazwę niezmiennie od początku wytyczenia, tak następna w zachodnim kierunku nazwy swe zmieniała już dosyć często, a na dodatek w XXI wieku ten odcinek ulic między Zamkową a Kapliczną ma tabliczki na murach domów jako Stary Rynek, ale w internetowej mapie Googla figuruje jako Sobieskiego. Tak czy owak, rynek miał mieć taką granicę w osi północ-południe oraz wschód-zachód od Piotrkowskiej do Tuszyńskiej (współcześnie Warszawskiej do Skargi) czyli był prawie dwa razy większy od obecnie znanego Starego Rynku. Z upływem lat, kiedy zabudowa miasta rozrastała się ku kościołowi, bo od wschodu był już cmentarz zamykający miasto i lżej jednak budować na rynku niż na starych pochówkach, prawda? A jeszcze w tak zabobonnych czasach to już w ogóle… więc zabudowa zaczęła wkraczać na ten teren, zatem kościół nakazał przesunąć rynek bliżej, około dwustu metrów na zachód, na pustą łączkę w widełkach dzisiejszych uliczek okalających rynek i noszących taką właśnie nazwę, za wyjątkiem pierzei zachodniej, gdzie żadnej zabudowy dziś już nie ma. Ale wówczas zabudowa okalała rynek od wschodu, południa i zachodu, gdyż ulica Zamkowa była jakby częścią rynku i domy od północy stały już za nią. Natomiast w jej ciągu wykopano dwie spore studnie, z czego jedna, ta wschodnia była już w stanie agonalnym, bez żurawia i z pozapadaną cembrowiną. Ale to jeszcze nie był ten widok, którego tak wyczekiwałem. Jeszcze nie. Ale już niedługo ujrzę go w całej krasie. Nasycę oczy prawdziwością tego, co znamy tylko ze szczątkowych opisów i wykopalisk.

Czas upływał leniwie, plącząc się między przekupniami zwinąłem z kopczyka dwie całkiem świeże jeszcze cebule i jedno liche jabłko, które stoczyło się z innej sterty prawie pod moje nogi. Żyd spojrzał na mnie przelotnie, kiedy je podnosiłem by zwrócić, ale machnął ręką. Może już myślał, że swoje zarobił…No to kiwnąłem mu głową i odszedłem.

To, co znałem z planu miasta wg Odrowąża Pieniążka nijak się miało do tego, co widziałem teraz. Zrozumiałem, jak bardzo te plany były umownymi. Wiele domów stawiano bez ładu i składu, jakby nikt wcale tego nie pilnował… i pewnie tak było. Planiści pojawili się dopiero niedawno, by wytyczyć Nowe Miasto, za Dobrzynką. I to już byli panowie cywile, po sekularyzacji dóbr kościelnych i z rządowego nadania mieli swe prace wykonywać, choć stanowili świecką władzę w mieście już od 1796 roku.

Niedługo miała nadejść nowa era, której nieznacznymi symptomami był już powolny, ale nieustanny napływ Niemców, których wszystkich razem jak z jednego wora – Saksonami nazywano. Ale póki co, „miasto” wciąż jeszcze drzemało zamiast tętnić życiem, na przednówku rewolucji przemysłowej.

Skoro nie miałem pomysłu na działanie, postanowiłem wybrać się kawałek na południe i zobaczyć kościół pod wezwaniem świętego Leonarda. Nie zapomnę, jak się dziwiłem temu imieniu, kiedy czytałem po raz pierwszy dzieje miasta według Barucha. Ale taką miał fantazję nieznany z imienia ani funkcji sponsor odbudowy kościółka po pożarze miasta…  Ale dziś jeszcze zwany był kościołem pod wezwaniem św. Krzyża. Murowane ściany, drewniany dach i niewielka wieżyczka zwieńczona krzyżem miedzianym chyba. Trudno było się dopatrzeć, bo metal porósł już patyną i z daleka wyglądał raczej jak z zielonego marmuru prędzej. Wrota tradycyjnie od zachodu. Do środka wejść się nie dało. Drzwi solidne, sztabą żelazną zablokowane w poprzek i opatrzone ciężką kłódką z dziurą na klucz tak dużą, że małego palca bym tam chyba wsadził. Otoczony niewysokim i mocno przerzedzonym parkanem okalał od zachodu niewielki cmentarzyk.

Tak.

To był nasz pierwszy miejski cmentarz, nie tylko ten wokół kościoła. Miał może z osiem kroków szerokości, oddzielony szerszą alejką od kościoła… sięgając aż do jakiejś chałupy stojącej na wylocie Szewskiej. Cmentarz… kilka niewysokich samosiejek, sporo gęstej polnej trawy i liche, nieraz pozapadane nieco podłużne kopczyki, niektóre z resztkami koślawych krzyży zbitych z patyków lub deseczek. Ale większość nawet bez nich. Po drugiej stronie ulicy Tuszyńskiej, na rogu z Szewską była teraz pusta parcela, gdzie niegdyś stał pierwotny przytułek dla biedoty, zwany też szpitalem, choć bardziej kojarzył by się z umieralnią… Nihil novi sub sole, uśmiechnąłem się ironicznie do swoich myśli. Pozycja budynku pokrywała się z opisem z ksiąg lustracyjnych z 1685 roku. Ale ten szpital płonął przynajmniej ze trzy razy i każdy późniejszy opis sugerował, iż znajdował się on po sąsiedzku z kościołem, zwanym nieraz również szpitalnym. Skoro więc od zachodu był cmentarz, to ów przytułek musiał być ulokowany na wschód od niego, co wskazywały w różny, mniej więcej dokładny sposób kolejne plany miasta a więc gdzieś w miejscu wylotu Bożnicznej. I tak faktycznie było. Stał tam drewniak, przy którym kręciło się kilkoro na oko sądząc, żebraków.

Wiele do oglądania tu nie było wykręciłem więc Bożniczną do Piotrkowskiej i dotarłem do rogu, gdzie skręciwszy w prawo dostrzegłem ślepo zakończoną polną drogę zamkniętą drewnianym płotem i nowszymi już i solidniejszymi krzyżami. Doszedłszy do niego, patrzyłem na nowszy cmentarz, tworzący jakby wschodnią granicę miasta. Rozciągał się dość znacznie na lewo i prawo od ulicy, porośnięty gęstą trawą i krzakami choć widać było, że ktoś dbał, by je likwidować co jakiś czas. Pochówki jednak również bez większego ładu i składu, lokowane o tyle jeszcze znośnie, ze względnie równolegle przy sobie, choć niekiedy w sporych odległościach od siebie. Tu też za wiele mnie już ani zaskoczyło, ani zainteresowało. Zwróciłem się w stronę miasta i objąłem je jednym spojrzeniem.

Stałem na nieznacznym wzniesieniu, gdzieś na wysokości (teraz jeszcze nieistniejącej) ulicy Kaplicznej. Chałupki po lewej i prawej stronie (jeszcze przez kolejny rok ulicy nie-Zamkowej. Tu i ówdzie snuły się słupki dymów, ludzie krzątali się między zabudową zajęci swoimi codziennymi sprawami. Dzieciaki uganiały się za domowym ptactwem, piszcząc i krzycząc wniebogłosy. Za nimi gmach dworski i kościół, większe jakby na tle tych chatynek, donioślejsze, dostojniejsze… Mateusz jeszcze w tej pierwotnej formie zadaszenia, na wzór kolegiaty płockiej, z banią nad transeptem i kulistym zwieńczeniem wieży. A za nimi już łąki tylko, pola uprawne, wąska dróżka wykręcająca lekko w prawo na Piątkowisko a za nimi wszystkimi… las. Ściana drzew, wcale nie tak daleko, bory tutejsze wszechpotężne jeszcze zaczynały się gdzieś tak na wysokości rozwidlenia moich Łaskiej i Wspólnej… Niemal rzut kamieniem. Szedłem spacerkiem w dół do miasta, gdy minął mnie młodzianek. Zaczepiłem go z pytaniem:

 – Daleko do tego lasu za miastem?

Spojrzał się na mnie jakbym go o nazwy gwiazd pytał, ale szybko się zmitygował.

 – A wy nie tutejsze, nie? Daleko panie, a bydzie ze dwie wiorsty. Ale wam mus nie iść, zwierza bić nie wolno,  Moskale nie dajom.

 – A tak ino pytam, ciekawym. – odparłem. I zamyśliłem się. Dwie wiorsty to dla niego daleko. Dwa kilometry, może plus ze dwieście metrów. Pestka dla mnie. Niespełna pół godziny średnim marszem nawet jeśli tylko polną drogą. Ale on świat mierzy własnymi miarami. Gdyby zobaczył „ogrom” Pabianic z 2024 roku pewnie by usiadł z wrażenia, a może i gorzej…

Czas sentymentalnych spacerków mi się kończył. Musiałem zająć się swoim zadaniem.

*             *            *

Kręciłem się po „centrum” od samego rana. Całe ciało miałem podrażnione od spania na sianie w stogu, od lnianych ciuchów ciągnęło średnio przyjemnie, bo nie były wyprane, tylko chemicznie oczyszczone, bez oczywistych (dla mnie) woni więc wszystko co wypociłem – oddawały swoistym zapaszkiem. Głowa swędziała mnie niemiłosiernie i już wiedziałem, że bez kąpieli w rzece się nie obejdzie. Odszedłem od miasta nieco, aż w oddali po zachodniej stronie rzeki zobaczyłem młyn… no, w każdym razie coś, co młyn przypominało, bo miało koło wodne i wielkie śmigła, obracające się wolno. Pliszka.

Jednak po wschodniej było coś ciekawszego i bardziej dostępnego, przynajmniej dla mnie.

Kilka chałup, rozciągniętych w dwie większe grupy, jedna za drugą zakończonych od północy rozwidlającą się drogą, a w tym rozwidleniu, stała piękna, rypułtowicka karczma. Jak malowana!

Wszedłem w podcienie i zaraz za ścianą trafiłem na drzwi po lewej. Teraz stały otworem a w środku było bardzo cicho. Dało się słyszeć jednak jakieś szurania i stukania, założyłem więc że ktoś tam jest.

– Pochwalony! – zawołałem trochę głośniej, niż było potrzeba.

Szuranie ucichło.

 – Na wieki wieków. – odparł dość mocny i niski głos, bez obcego akcentu. – Kogo Bogi prowadzą?

 – Z drogi dalekiej. Chciałbym się umyć i odpocząć. – odpowiedziałem, wchodząc wolno przez wysoki próg, chyląc głowę dość nisko.

 – Ser jest i mleko, chleb bydzie potem a od mycia macie koryto… Panie? – chłop spojrzał na mnie z lekkim zastanowieniem, nie bardzo wiedząc jak się do mnie odnosić.

 – Marcinie. Wystarczy Marcinie. – wyjaśniłem. – Ale koryto zostawię bydlętom. Chcę balię gorącej wody i ługu.

Chłop odwrócił się do mnie całkiem przodem i popatrzył jeszcze bardziej zdziwiony.

 – Balie, panie? – Wybałuszył oczy.

 – Ano balię. – odparłem. – Szeroką na trzy łokcie, płytką na jeden i drewnianą jak cebrzyk, pełną ciepłej wody i mydlin.

Chłopina podrapał się po rozczochranej głowie. Jemu też by się kąpiel przydała, ale wolałem mu tego nie mówić, zachowując konieczny dystans od jego „mikroflory”…

 – Mam inne koryto, puste jeszcze, bo dopiero co onegdaj przywieźli miast starego, nada sie? – Wskazał ręką pod ścianę.

 – Nada się, nada – odpowiedziałem, kiwając głową z szerokim uśmiechem. Jak cholera się nada, pomyślałem. Trochę za wąskie, ale stabilne. Zmieszczę się od biedy i jeszcze w nim poleżę.

 – Ale nie tu. Dajcie do gościnnego i wstawcie tyle wody na piec, ile się da,  ma być ponad pół pełne. I o ługu pamiętajcie. – zarządziłem.

 – A piniondz jest? – zapytał karczmarz, łypiąc podejrzliwie.

 – Jest, jest. Potrząsnąłem trzosikiem. Położyłem kilka kopiejek na wysuniętej dłoni.

 – Bydzie? – spytałem.

 – A co ma nie być? – odparł pytaniem. I trochę się jakby uśmiechnął.

 – To dajcie jeszcze piwa i tego sera. A na chleb poczekam.

 – Zara przyniese. – odpowiedział.

Dwie godziny później czułem się jak nowonarodzony. I najedzony. I nawet czułem lekki szum w głowie, ale nie od piwa, bo tego wypić się nie dało. Wylałem za okno z obrzydzeniem. Ale gorzałka była już o wiele lepsza. I nawet chłodna, bo lepsze trunki mądry człek w loszku pod podłogą trzymał. Na deser skosztowałem jeszcze kubka miodu i pokrzepiony na duchu i ciele, wczesnym popołudniem usiadłem w podcieniach na ławie, obserwując wioskę.

Kiedy głupi nie ma szczęścia, to znak, że mądrzeje – wymamrotał do mnie kiedyś jeden taki lokalny kmiotek przy piwie na rynku „Pod Kuflem” – kiedy jeszcze byłem nastolatkiem i za bardzo nie wiedziałem, jakie piwo będę lubił i gdzie, dlatego piłem różne i w różnych miejscach. „Pod Kuflem” był przy Garncarskiej i Batorego, blisko szkoły i czasami się tam zaglądało z chłopakami po lekcjach. I najczęściej w piątki, w dni targowe. Wtedy mało kto tam pytał czy mam osiemnaście lat, z resztą wtedy w ogóle mało kogo wiek klienteli interesował. A jeszcze mi wtedy dobre dwa lata brakowało. Lubiłem tam przesiadywać, słuchać rozmów, podłapywać gwarowych zwrotów, choć u na za wiele ich nie było a na pewno nie aż tyle, by mogły tworzyć jakąś odrębną grupę językową, jak śląska czy kaszubska. Głównie stare słowa, które wyszły już z potocznego języka, młodsze jeszcze – przedwojenne, przekręcone i trochę nowomowy, ale tylko troszeczkę. Teraz było inaczej. Ten język już sporo się różnił od mojego, AI miała z tym sporo pracy, ale dawała radę bez opóźnień.

Mój brak pomysłu na odnalezienie „podpalacza” wynikał z kiepskiego rozeznania w samej lokalizacji, dlatego czułem, że za mądrze nie postępuję zbijając bąki na przedmieściach, ale jednak szczęście musiało mnie już dosyć potrącić, bo zamiast trafienia na pacholę z fajką, trafiłem na miastowego, którego rodzina tu mieszkała i postanowił podzielić się ze mną plotkami z „wielkiego miasta”, jakim miały być Pabianice. Zwijał pierdoły dość krótko i raczej mało ciekawie, póki nie wspomniał o dzieciaku, którego już dwa razy przyłapano na lataniu z płonącą żagwią.

Piroman? Zastanowiło mnie. Taki zwyczajny podpalacz a nie jakiś rozczarowany życiem Romeo? Czy mogło to być aż takie proste? Z wykolejeńcami zazwyczaj jest tak, że zaczynają od drobiazgów, dobierają sobie co im się bardziej podoba a co mniej. Podobnie, jak z seryjnymi zabójcami. Zaczynają od drobiazgów – zwierząt – a kończą na ludziach. A ten ma korbę na punkcie ognia. Ponoć spalił już jakiś stóg siana w okolicy, to jest – podejrzewano go o to, bo za rękę nikt nie złapał, ale widziano go też w tłumie gapiów, bo to pod samymi domami prawie było. Podpalił i musiał patrzeć jak się hajcuje. Typowy maniak. Musiał patrzeć na swoje dokonania. Inaczej nie miało by to dla niego sensu. Nie ma ekscytacji bez napawania się swoim „dziełem”. Choćby krótkiej, choćby z daleka, ale być musiała. Bo taki jest ten proces. Prosty i zamknięty w ściśle określonych ramach. Akcja i reakcja. Zapytałem o niego, ale ów nie był w stanie dopowiedzieć detali. Odesłał mnie za to do cyrkułu, skoro tak mnie to miało ciekawić.

Czas było się więc zebrać i wrócić do miasta.

Ale uznałem, że skoro już się tak wywczasowałem, to zaszaleję na koniec i wyśpię się jak człowiek. W łóżku. Ale nie dane mi było się wyspać do końca, bo przed świtem zbudziło mnie łomotanie do drzwi, wpadł karczmarz i z okrzykiem „GORE” wypadł z pokoju.

Paliły się stogi siana. Chyba z osiem. Rozjaśniały okolicę upiorną czerwienią i żółcią przytłumione sporą ilością dymu. Mój piroman chyba się rozochocił. Sterty paliły się szybko, ale zauważyłem, że jakoś tak po dwie i w zauważalnej kolejności. Te od strony miasta już dogasały, co mogło sugerować kierunek nadejścia złoczyńcy. To mogła być wskazówka, choć nie musiała. Ale nie oczekiwałem nadzwyczajnej przebiegłości u sprawcy i założyłem, że mógł być teraz w okolicy i sycić wzrok swoją dewastacją więc zamiast patrzeć bezczynnie na pogorzelisko. Koncypowałem i jednocześnie obserwowałem ludzi. Głównie kobiety i kilkoro dzieci, ale starszych też nie brakowało. Według stanu płomieni i odległości między stogami założyłem, że musiał być to raczej ktoś młody i sprawny fizycznie, na pewno nie żaden ‘emeryt’. Nikt mi jednak nie przypasował „na oko” i uznałem, że tak niczego nie wskóram. Czas było ulotnić się cicho i zniknąć z pola widzenia. Nie zauważyłem go. Nie zauważyłem ich. W ogóle mało coś zauważałem. I zaraz miałem się o tym przekonać.

Skoczyłem w tył o pół godziny. Było zupełnie cicho i spokojnie. Poszedłem kawałek w stronę miasta, ale kryjąc się za wsią od wschodu. Lekko nadrabiając szerszym promieniem, obiegłem domy z zagrodami i o małego słonia nie wlazłem na nocnego gościa. Szedł spokojnie drogą, wywijając jakąś lagą jak laseczką, w drugiej ręce miał zaś mały węzełek. Przed wsią zszedł z drogi i dalej, na przełaj w pola – prosto na stogi. Przy pierwszym kucnął i sięgnąwszy do węzełka wyjął jakieś drobiazgi. Zanim jednak skrzesał ogień, stałem już dwa kroki za nim i przemówiłem.

 – Zostaw to.

Drgnął, po czym powoli odwrócił się moją stronę. Uśmiechał się w milczeniu. I miał taki złowieszczy ten uśmieszek, że aż mnie ciarki przeszły. Patrzył się jakoś tak dziwnie, jakby poza mnie, albo przeze mnie… A potem strzeliło mi białym światłem w oczach i zapadła ciemność.

*             *            *

Obudziło mnie szarpanie za rękę.

 – Panie, obudźcie się. Panie! – mrużąc oczy machnąłem lekko ramieniem na znak, że nie śpię.

 – Co… jest? – wychrypiałem. Czułem swąd w nosie i dziwny posmak w gardle. A potem do świadomości doszedł jeszcze straszny ból z tyłu głowy. Sięgnąłem do tego miejsca, ale palce ześlizgnęły się po jakiejś twardej skorupie zamiast włosów.

 – Nie tykajcie panie, krwi tu wiele macie. Już posłałem parobka do miasta po pomoc. Za niedługo pewnikiem wróci, może nawet z dohtorem…  – Próbowałem usiąść, ale skończyło się jeszcze większym bólem, doszły mdłości i mroczki w oczach.

 – Leżcie panie, leżcie. – karczmarz przycisnął mnie do ziemi dłońmi. – Nie lza wstawać tera.

Uległem, nie było sensu się spierać.

 – Co się stało? – zapytałem po chwili nieco mocniejszym głosem.

 – Pożar był. Stogi ktoś podpalił a potem, kiedy rano było mój kum was tu wypatrzył. Myślelim, że to może ten podpalacz, ale jakem zobaczył waszą głowę, to jużem was poznał, a jak ta krew spod kapelusza wynikła, to już wiedziałżem ani chybi żeście nie ten, co to zrobił. Ino tylko… coście tu poczynali?

Zadał dobre pytanie. Musiałem się chwilę zastanowić, żeby uzasadnić odpowiedź więc zagrałem na zwłokę i jęcząc trochę zacisnąłem oczy.

 – Kurw… – stłamsiłem jęk, nabrałem powietrza i dodałem – Za potrzebą wyszedłem. A że nie chciałem tak przy karczmie, to i odszedłem kawałek pod lasek, tam. – machnąłem niemrawo ręką – i zobaczyłem jak ktoś szedł drogą i zszedł z niej, tu gdzie my teraz. Zaczepiłem go, bo mnie podejrzenie wzięło, że może to ten podpalacz… Ale sądząc po tym, jak mnie sprawił, to było ich co najmniej… dwóch?

Sam wniosek mnie zaskoczył. No pewnie. Czemu musiał być tylko jeden?! Mógł mieć wspólnika przecież i to tamten tak mnie urządził. Szlag! Czemu się nawet nie rozejrzałem, czemu nic mi nie podpowiedziało, że tamten tak się ucieszył jak mnie zobaczył, że nic mi do głowy nie przyszło, że patrzył się za mnie, bo tam stał ten drugi! Szlag! Czemu AI nie zareagowała na zbliżającego się do mnie drugiego typa? Szlag!

Czułem, że muszę się ruszyć, bo mdliło mnie co raz bardziej więc sięgnąłem jego ramienia i poprosiłem, by mnie obrócił na bok. Wiele mi z trzewi nie wyszło, ale poczułem ulgę i tak, choć nadal czułem mały helikopter w głowie. Obstawiałem w najlepszym wypadku solidne wstrząśnienie mózgu, ale raczej bez uszkodzenia czaszki. Ból nieco zelżał po tym, jak w usta wciśnięto mi trochę cierpkiego płynu, mówiąc o mleczku z makówek… Namiastka laudanum. Dobra i bardzo na miejscu, bo doktor z parobkiem nie przyszedł, ale dał lekarstwo w skórzanym węzełku nakazując, by całą zawartość zapodać choremu. Po dłuższej chwili karczmarz uznał, że nadaję się już do transportu i z pomocą dwóch ludzi jeszcze zanieśli mnie do mojej izby.

Dzieciak musiał zrobić jeszcze drugi kurs z opłatą za panaceum. Nie był tym zachwycony, ale kiedy do dziesięciu kopiejek dla lekarza dodałem drugie tyle dla niego, dostał jakby skrzydeł w nogach, jakby wcale dopiero nie przecwałował tych paru kilometrów w obie strony. Przypadkiem mój trzosik zawinął się jakoś fartownie, albo po prostu mnie nie obszukali kiedy leżałem w trawie, bo niczego nie brakowało.

Leżąc na sienniku mogłem się skupić na tym, co dalej. Miałem już solidny trop. Teraz należało tylko nieco wyzdrowieć i wykonać kilka skoków, wyłowić ich, wybadać skąd nadeszli. Ale zaraz, po co tak? Zastanawiałem się też nad tym, czy by nie skoczyć wcześniej i nie wyeliminować tego pomagiera, zanim on nie wyeliminował mnie, ale wtedy naruszenie continuum czasu było by zbyt radykalne, bo mógłbym zastosować na sobie „pętlę dziadka”, podcinając niejako gałąź na której siedzę. Pozbawiając się skutku pierwszej interwencji pozbawił bym się własnej wiedzy. Logika podpowiadała, że zapętlenie samego siebie nie jest najlepszym rozwiązaniem. Pamiętałem z zajęć, by zapętlać wszystko i wszystkich, byłe tylko nie siebie. Ja zawsze musiałem stać poza marginesem zdarzeń, a jeśli już brałem w nich udział, to minimalizować swoją rolę do niezbędnego minimum. Dlatego likwidacja ich przed naszym spotkaniem implikowało za wiele problemów, których nie wiem czy bym dał w ogóle rozwiązać. Prościej było rozegrać to inaczej. Skok do swoich czasów na podleczenie a potem skok do mojego „teraz”, wyczekanie podpaleń a potem dyskretna obserwacja cwaniaczków, bo będą się czuć bardzo pewnie, wiedząc, że ten który prawie ich przydybał, śpi spokojnie w trawce… Poczują się pewnie swego i w teorii powinno to doprowadzić do ich domu. A mnie za nimi.

Tu jednak najprostsze rozwiązanie wcale nie było najlepszym. No bo jak to tak?  Dostał w cymbał a po paru godzinach śladu nie było? Tak nie mogłem uprościć, ale chociaż poudawać…

Skok do swoich czasów zakończyłem szybko i niezauważalnie. Wylazłem oknem, biegiem do pobliskich zarośli i tyle mnie widzieli. Powrót podobny, ale za to już bez kołowacizny pod sufitem, z zaszytą raną i bez wstrząśnienia (na szczęście!), wróciłem do izby tą samą drogą, ale w o wiele lepszej kondycji. Za to z solidnie upaćkanymi włosami świńską krwią i odnowionymi zapasami w kieszeniach. Ich zawartość zaraz trafiła pod poduchę, nie było potrzeby łazić z wypchanymi kieszeniami. Musiałem działać. Ale nie ad hoc. Tamci nigdzie nie wyfruną, nie ma takiej możliwości, nie muszą się czuć zagrożeni. I pewnie nie czują. Było już prawie południe i czułem, że mam dosyć leżenia, ale z drugiej strony – podnosić się nie mogłem z wyrka zbyt radośnie. Musiałem wypocząć dla pozoru. No, chociaż z dzień czy dwa. Uznałem, że nie ma parcia, pozory muszą być zachowane.

Zatem dwa dni nieróbstwa? No, niby tak, ale to nadal była gra pozorów. Wcale nie musiałem się trzymać tego planu w wynajętym pokoju. Karczmarz zapowiedział, że na wieczór bydzie rosół, bo panu trza dogodzić, co by nie wspominał aż za źle okolicy, skoro dostał w ciemię w imię obrony ich stanu posiadania, to należy mu wynagrodzić, mimo że w sumie nic to nie dało. Ale chciał i się postawił. No, to niech ma choć i tyle z tej przygody. Zapowiedziałem przemożną senność i potrzebę odleżenia swego, co spotkało się z pełnym zrozumieniem, to też zamknąłem się w swojej izbie i zacząłem kminić, co dalej. Najpierw skok, ale zanim to, to faktycznie należało pospać, bo czekało mnie sporo pracy a i skoki przecież za ciche nie są więc trzeba było się oddalić nieco. Rygla nie było w drzwiach, co w sumie nie powinno dziwić, ale uznałem, że podstawienie stołka pod drzwi trochę spowolni ewentualne najście. Ugadałem się z karczmarzem, że wyjdę dopiero wieczorem, na rosół. Żeby nie budził, sam się wyleżę. Przy okazji wydusił, że mu Grzegorz na imię, po dziadku, co też ten przybytek prowadził a sam wybudował. Zapakowałem się do izby, stołek pod drzwi i do wyra. AI miała mnie uśpić, czuwać w tle i wybudzić o dziewiętnastej więc nie musiałem się w zasadzie o nic martwić.

Pobudka była lekka, i nawet miła. Nic mnie nie bolało, włosy wymyłem w korycie i jako tako ogarnięty wyszedłem przed karczmę. Karczmarza nie było widać, ale z kuchni szła taka woń, że aż mnie skręcało z głodu. Zajrzałem tam, ale jego nadal nie widziałem. W garze bulgotało, z pieca czuć było jakimś pieczonym mięsem… Chleb leżał na ławie więc urwałem kawał i żując go, połykałem ślinę czując jak żołądek zaczyna wariować.

Wszedł karczmarz od frontu, uśmiechnął się pod nosem i kiwnął prawicą.

 – Widzę, żeście już na nogach, panie – sapnął i usiadł na brzegu ławy. – A ja mam dla was trochę dobrych wieści. Ale najpierw kolacja.

Nie protestowałem. Nie było sensu. Kuchnia zniewoliła mnie całkowicie.

Godzinę później, znów z lekkim szumem w głowie, siedzieliśmy na ławeczce w podcieniach. Tamten wyjął woreczek, wysypał trochę machorki na stół i zaczął nabijać fajkę. Czekałem cierpliwie, aż skończy i zapali. Chciał poczęstować, ale odmówiłem. Udało mi się to raz rzucić, wystarczy. A potem konsekwentnie nie palić dalej. Poza tym, dym capił niemiłosiernie najgorszym chyba sortem tytoniu, może nawet z czymś wymieszanego… Wstałem, rozprostowałem kości i usiadłem ponownie, ale z drugiej strony ławy, w pewnej odległości. Gość uśmiechnął się pod nosem, czując wymowność dystansu, ale nic nie powiedział.

Kiedy już rozbuchał cybucha, a dym poszedł pod sufit, spojrzał na mnie i zaczął mamrotać.

 – Wiem już, kto dał Waszej Miłości… – zająknął się, ale kiwnąłem spokojnie głową, by dodać mu odwagi. – kto dał wam… Marcinie, po głowie.

 – O! – Zaskoczył mnie. – A skąd?

 – A z miasta. Kiedyście spali, wrócił pachołek od lekarza i powiedział, że wydał te swoje kilka kopiejek prawie jednym razem, ale się opłaciło, bo w mieście już wszyscy wiedzieli, że obcy gość wstawiał się za naszym sianem i że źle mu to wyszło, za to jednak wieść się rozeszła migiem i czeka na was burmistrz w magistracie, chce z wami pomówić kiedy wydobrzejecie. Pachole rzekło, że jak zaszło do karczmy w rynku, to zaraz ów ruski ataman kazał je sobie przyprowadzić, skoro zobaczył monetę w jego garści i musiało się tłumaczyć skąd miało. I tak, od słowa do słowa… Jaśko, pachole, kupił chleba cały bochen dla sióstr i kwarte gorzałki dla ojca, oddał jeszcze kopiejke druhowi, co mu dłużny był za ich sprawy zaszłe, i tak trafił na dwóch chłystków, co chcieli mu te gorzałke zabrać grożąc, że spotka go to, co tamtego dziada w nocy nad rzeką… Ktoś tam coś usłyszał i zrobił się zament i wyrostki umkneły, ale jednego z nich rozpoznano. Z Bychlewa, syn parobka, co u sołtysa siedzi. Imienia nie znamy, ale to i tak dość, by zara się dowiedzieć. Jaśko wlot pojął, o kim mówili, zaniósł wszytko do domu a potem za pozwoleniem ojca w cwał poszedł do nas ponownie i tu zostać ma do rana. Tak to, jak chcem, to mogem pójść do stodoły, tam Jaśko spać bydzie.

Zerwałem się, może trochę zbyt raptownie, ale poruszył mnie skutecznie. W te pędy ruszyłem do stodoły, wołając gromko jego imię. Dzieciak pojawił się we wrotach nieco spłoszony, ale uśmiechnął się, kiedy mnie zobaczył.

 – Wyście już zdrowi, panie? – zapytał zaskoczony.

 – Zdrowszy, niżby się zdawało – odparłem. – Opowiedz mi o tym łebku z Bychlewa.

 – Ano, co tu gadać, taki jakiś dziwny on jest, panie. Strasznie chudy i skrzekliwy głos ma i tak jakoś dziwnie na ludzi się patrzy. Jakby miał kogo zjeść. – młody bojaźliwie wywrócił oczami.

Zastanowiło mnie to trochę. Czyżby piroman i jakiś perwers czy może gorszy wykolejeniec? Wzdrygnąłem się w duchu i spojrzałem na młodego.

 – Ogarnij się nieco, otrzep z tej słomy, dziś zjesz w karczmie i wyśpisz się w izbie, jak należy. Zasłużyłeś – dodałem, patrząc na jego wielkie, niebieskie i okrągłe ze zdziwienia oczy.

 – Ale jak to, panie? Za co?

 – A za to, że masz dobre serce i że nie przetańczyłeś pieniędzy, com Ci dał rano i że dużo dobrego ponad to wyszło z tego wszystkiego. Pogłaskałem go po czuprynie. – Chodź. Późno już, ale mięso pewnie jeszcze ciepłe na piecu.

Młody aż pisnął szczęśliwy i popędził do karczmy sprintem. Minął Grzegorza i wpadł do środka, ale zaraz wyszedł i coś powiedział, tamten kiwnął głową i młodemu chyba nie trzeba było drugi raz powtarzać. Gdy wróciłem do podcieni, siadłem i położyłem na ławie dwa miedziane ruble, na co tamten się nieco obruszył, ale szybko go uspokoiłem. To nie była zawrotna kwota, warte w srebrze mniej więcej 55 kopiejek.

 – Weź i nie protestuj. Zostanę tu jeszcze, ale krótko, nawet bardzo, młodemu dasz dziś pospać na zapiecku, albo w izbie, jak sam uznasz. Czasy niepewne dzisiaj, sam wiesz że czuć, że nie jest najlepiej, coś się zapowiada i za lat kilka brzemię to się rozwiąże. – Przytaknąłem wyraźnie głową i położyłem mu dłoń na jego. – Weź, a jak uznasz, że coś z tego zostanie, daj potem rodzinie Jaśka.

 – Macie dobre serce, Marcinie. Nie wiem za co, ale masz i nie bede tego badał. Twoja rzecz, jak się z piniondzem obchodzisz. Nawet przed obcymi. Ale ja ci zawadzać nie byde. Ani Jaśko. A jak komu co do głowy przylezie, to i razów naszych posmakuje.

 – Jedną tylko mam prośbę. Poślij kogoś starszego do burmistrza by mu wiadomość podać, że nie dam rady tam zajść, że nie zostanę tu tak długo, by wracać do miasta.

Zamilkł i zajął się rozpalaniem fajki.

 – Pójdę już odpocząć, jeśli pozwolisz. Czerep mnie trochę ciśnie. – poklepałem się lekko po włosach.

 – A jakże. Idź i poczywaj – podniósł dłoń na pożegnanie.

Zajrzałem jeszcze pod kuchnię, ale młody siedział tyłem do mnie i pałaszował michę więc uznałem, że nie ma mu co przeszkadzać. Poszedłem cicho do siebie i zamknął drzwi.

Czas było zabrać się za swoje sprawy.

Odczekałem jeszcze ze dwie godziny, by upewnić się, że nogi przestaną szurać, głosy mruczeć a oczy patrzeć, po czym dyskretnie wylazłem przez okno i popędziłem do lasku. Tam skoczyłem o noc wcześniej. Cyrklowałem z AI, ze mogło to być gdzieś tak koło drugiej, może trzeciej w nocy, do świtu jeszcze musiało trochę brakować. Obserwowałem teren i po niedługim czasie – doczekałem się. Szli spokojnie cicho rozmawiając, ale mimo wytężenia zmysłów AI nie była w stanie wyłowić niczego sensownego poza urwanymi słowami. Może było by lepiej, gdyby podeszli bliżej, ale po drodze zaczynał się ciąg stogów więc i tak by nie doszli. I wtedy jeden opuścił drugiego i zaczął iść w moją stronę. Nie reagowałem, bo nie szedł na szczęście prosto na mnie. Stanął na skraju zarośli, ściągnął spodnie pojąłem, czemu się oddzielił od kumpla. No i czemu zaszedł mnie niespodziewanie od tyłu.

Resztę właściwie już znałem. Pojawiłem się po paru minutach, kiedy tamten akurat klęczał pod pierwszym stogiem, drugi trochę pospieszony sytuacją cicho jak duch ruszył w sukurs kamratowi. Wyjął spod koszuli krótki kijek, coś a‘la taką króciutką pałkę i smyrnął mnie nią z pełnego zamachu.

 – Osz, ty ch… wycedziłem, macając lekko się po szwach na świeżej bliźnie. Zaczynała już lekko swędzieć, czyli goiła się. Dobra oznaka. Antybiotyki też swoje robiły, dlatego nie miałem nawet większej gorączki. Było dobrze.

Pochylili się nade mną, pomamrotali coś pod nosem a potem zwyczajnie mnie zignorowali i skrzesali ognie, rzucając nimi na przygotowane już wcześniej małe zawiniątka, które zajmowały się ogniem i trafiały na stogi. Wtedy pojąłem sposób, czemu tak szybko się zajmowały. Obserwowałem ich, jak zrobili większe koło, dołem, w stronę Dobrzynki i zawrócili, kiedy wszystko już się wszystko hajcowało na całego, kiedy ludzie zaczynali się zbiegać, dołączyli dyskretnie w pobliże i stali, gapiąc się z lekkimi uśmieszkami na twarzach. Kiedy ognie zaczynały zamierać, zawinęli się w stronę Pabianic i w zasadzie było już po sprawie. A potem ludzie znaleźli moje „zwłoki” i nawet któryś chciał powiadomić władze o pochwyceniu sprawcy, ale Grzegorz szybko ostudził te zapędy i wyprowadził go z błędu. Skoro wiedziałem już kim są, no, kim jest jeden z nich, uznałem że dalsze trwanie w tych chynchach już jest zbędne, skoczyłem do przodu i wróciłem do siebie. I tu mnie zamurowało. W mojej izbie, na moim stołeczku pod drzwiami, siedział – a raczej spał – mały Jaśko.

Skoro był w izbie, to musiał wleźć tak samo, jak ja… Tylko po co? Ale to już musiało się inaczej rozwiązać. Nie budziłem go, nie było sensu. A nawet było by to wielką głupotą. Nie wziąłem poprawki na upływ czasu i skoczyłem do dzisiejszej nocy o równą dobę, zamiast do czasu „wyjścia”. I o małego słonia uwaliłbym sprawę. Wygrzebałem się przez okno, znów szpula do lasku, skok do tyłu o prawie trzy godziny i powrót do izby. Jaśka nie było więc do wyrka hyc i zaległem w oczekiwaniu na rozwój wypadków. A ten okazał się banalnym. Wnet usłyszałem ciche stukanie w drzwi. Ale nie zareagowałem. A po jakich dwóch minutach zobaczyłem w oknie zarys głowy dzieciaka na tle nieba.

 – Panie… – wyszeptał.  – Śpicie?

Zatem po prostu mnie sprawdzał, tylko po co?

 – Panie, dajcie słowo, że nie śpicie, bo ja muszę coś powiedzieć a sam do siebie gadać przeca nie byde…. Panie?

Podniosłem się z posłania i wychrypiałem mało uprzejmie:

 – To, że ty spać nie możesz, to ja też mam nie spać?!

 – Pożałujcie, panie! – Młodego nieco przytkało – ja musze skoro teraz wam powiedzieć, bo wszystkiego nie znacie.

Zamilkłem na chwilę.

 – Dobra, odejdź od okna, zaczekaj w podcieniach.

Młody zniknął jak duch, a ja odblokowałem drzwi i wyszedłem przed karczmę. Młody siedział na krańcu ławy i skubał skraj koszuli.

 – Co to za powód, synku? – spojrzałem na niego trochę uważniej.

 – A widzicie panie…, bo… bo oni już wtedy tak mówili, jakby wiedzieli, że wam żyć uszło, że będą chcieli wrócić… i… i dokończyć, co zaczęli. – wydusił z siebie z wielkim wysiłkiem.

 – I myślisz, że to już, że zaraz przyjść by mieli?

Młody spojrzał na mnie rezolutnie i pisnął całkiem do rzeczy:

 – Ja bym nie czekał, jakbym był niemi…

Miał rację. Miał cholerną rację. Sapnąłem i zacząłem kombinować, jak to rozegrać.

 – Gdzie cię Grzegorz ulokował?

 – Co… co zrobił? – młody nie miał prawa znać tego słowa. Westchnąłem.

 – Gdzie miałeś spać? – młody błysnął zrozumieniem.

– Za piecem. Dał mi kozią skórę i pięść siana pod głowę.

 – To wracaj tam i ani pary z gęby. Leż i udawaj trupa, nie wyłaź nigdzie, nie plącz się. Schowaj i nie wyłaź, póki dniać nie będzie.

Młody  pospiesznie wszedł do karczmy, zamknął za sobą drzwi wejściowe i zaraz zrobiło się właściwie zupełnie cicho.

Moja kolej.

Odszedłem od karczmy i znowu do lasku na pagórku za budynkiem.

Księżyc świecił jak szalony, była niemal pełnia, ale dzięki temu widziałem praktycznie całą okolicę, włącznie z dróżką od miasta. Dochodziła dwudziesta trzecia. Zastanawiałem się, czy faktycznie odważą się gnojki napaść, jakby nie patrzeć na karczmę. Nie pasowali mi na takich chojraków. Coś grubszego musiało tu wisieć w powietrzu. Pomacałem się po kieszeni i wydobyłem z niej mały miotacz gazu. Dość, by skutecznie sparaliżować nawet kilku ludzi, wszak żaden z nich nie znał jeszcze takiej broni. Pasywnej, ale w tym wypadku jako ofensywna też zda egzamin.

Potem nadszedł czas na zadbanie o okolicę.

Drugim zawiniątkiem był malutki dron. Taka pierdółka, ale z solidną kamerą i wytrzymałą baterią. AI zamknęła mi mimowolnie oczy i wywołała obraz pod powiekami. Co za cholernie skuteczne draństwo! Nawet nie wiedziałem, jak tego użyć, ona mnie po prostu jakby przejęła. Palce same rozłożyły ustrojstwo i dłonie wzbiły do lotu. Aparat pomknął wysoko, omiótł okolicę, upewniwszy się, że nikogo nie było w pobliżu, wynalazł sobie najwyższą lipę w pobliżu, ściął jej czub wiązką lasera i usiadł na kikucie, jak w gnieździe. Pod powiekami – a widziałem całą okolicę. Szok i niedowierzanie. Mówili mi, że to przydatne, bym nie marudził, tylko brał, co mi dają.

Ma to w sobie również mechanizm samozniszczenia, zostanie z niego kupka popiołu. Nikt się nie zorientuje, czym było. A już na pewno nie tubylcy.

Byłem gotów na wizytę każdego gościa.

I niedługo po północy doczekałem się.

Czterech szczawików, na oko nie więcej niż po piętnaście lat. Gówniarze – dla mnie, ale w obecnych czasach byli już niemal za dorosłych brani. A nieraz i za zupełnie dorosłych. W sumie nic dziwnego, przy średniej 40 lat za wiek do umierania… Szli zwarci, jakby nieco spięci. Rozglądali się dookoła, jakby spodziewali się ataku, a nie że sami atakować będą. Uznałem, że skoro tak chcą walki, to im ją wydam. Ale na moich zasadach. Dron niemal bezszelestnie wzniósł się wyżej i wrócił do mnie. Zamocowałem miotacz w uniwersalnym uchwycie i dopasowałem drugi, by w odpowiedniej chwili nacisnął przycisk dozownika.

Plastykowy ptaszek wzniósł się w górę i pomknął cicho w ich stronę. Daleko już nie byli, może ze trzysta metrów. Żeby nie spalić niespodzianki od razu przypuściłem atak nurkujący. Gaz poszedł strugą centralnie w dół, w sam środek grupki. Najpierw zaczęli krzyczeć zaskoczeni, potem wystraszeni, ale po chwili krzyki przerodziły się w kaszel i tarcie oczu. W międzyczasie wykonałem jeszcze dwie ciasne pętle ponawiając ostrzał strugami gazu.

Nie mieli żadnych szans.

Kiedy zasobnik okazał się pustym, umiejscowiłem drona na drzewie i ruszyłem szybko w ich stronę. Zajęci swoimi atrakcjami, nie zorientowali się co ich spotkało, póki każdy kolejno nie poległ na drodze trzymając się a to za twarz, a to za krocze… i tak na przemian… jeden wył na tyle głośno, że musiałem solidniej mu przyłożyć, by ciszej skupił się na swych cierpieniach. Okładałem gnojków ich własnym kijem, którego odebrałem jednemu, gdy wcześniej dzierżyli je odważnie w garściach. Wybrałem najsolidniejszego, reszta poszła w pobliskie krzaki. Nie musiałem się martwić, że je odzyskają. Nie mieli na to ani czasu ani ochoty. Leżeli, siedzieli i klęczeli w pyle i trąc załzawione oczy. Nie myślałem tłumaczyć im, że to tylko pogarsza sprawę, miałem to całkowicie gdzieś. Nie było sensu litować się na chłystkami. Nie szli witać mnie chlebem i solą… Siedzimy w okopie, jemy chleb ze solą… I jak nie… Przypomniał mi się stary dowcip… Ech tak. Mam dziwne poczucie humoru.                            

Potem odszedłem kilka kroków i czekałem, aż im trochę minie. Kiedy zaczęli się rozglądać, przyszła druga lekcja. Tym razem bardziej bolesna niż chemiczna. Lałem ich równo, jednego po drugim, nie patyczkowałem się. Co który chciał się podnieść i uciekać, za chwilę leżał już w trawie wijąc się z bólu. Jednym z ważniejszych aspektów szkolenia były podstawy sztuki walki, z naciskiem na skuteczność, a nie na filozofowanie… Lałem więc równo po krzyżach, nerkach, pod kolanami, po przedramionach. Kij okazał się bardzo skutecznym narzędziem.

Kiedy już samemu mi się odechciało tego manta, pozwlekałem ich do siebie bliżej, związałem im ręce na plecach i kazałem skupić się na tym co im powiem, bo nie planowałem powtarzać… Michelle z ruchu oporu! Mimowolnie cicho parsknąłem. Nie zrozumieli, bo nie mogli, ale nie miało to znaczenia.

 – Jak to jest, iść we czterech na jednego, gnoje? Nie odpowiadajcie, nie zależy mi na tym. Macie mnie uważnie posłuchać. Dziś dostaliście solidny wpierdol i nawet jeśli nie znacie tego słowa, to znacie już jego sens. Będziecie jego skutki odczuwali jeszcze bardzo długo, ale taki był mój cel. Mieliście dostać taki łomot, by odechciało wam się wszelkich rozrób. Jakichkolwiek i kiedykolwiek. Jeśli jeszcze raz któryś z was zapragnie coś podpalić, osobiście go odnajdę jak teraz was wszystkich i spalę go żywcem. Wywlokę za miasto jak wór siana i spalę żywego – bez litości. Jeśli któryś z was jeszcze raz zechce podnieść rękę na innego człowieka, znajdę go i upierdolę mu tę rękę przy ramieniu i będziesz się wtedy brodą podcierał… jeden z nich parsknął śmiechem, ale kiedy poczuł koniec kija i  łamiący się nos, odechciało mi się zupełnie śmieszkowania. Reszta milczała ze zwieszonymi głowami.

 – Przyjrzyjcie mi się dobrze, gnojki. Zapamiętajcie mnie. Bo jeśli jeszcze raz któryś z was mnie zobaczy, to będzie jego ostatni raz. I to bardzo krótki raz. Zrozumieliście moje słowa?

Pokiwali głowami. Nie musieli odpowiadać. Zrozumieli, że przeżyją, co już im wiele powiedziało. Ale musiałem ich zapewnić, że nie zawaham się przed niczym. Zaszedłem ich od tyłu pochyliłem się nad tym, co mnie tak pałką po głowie pomacał, założyłem mu uchwyt z ramion na szyi i poddusiłem, tak by zaczął się szamotać i charczeć aż zemdlał. Musieli zrozumieć, że nie nam dla nich litości.

Patrzyli z wybałuszonymi oczami na niego.

 – Żyw… Jeszcze. – wyjaśniłem z silnym akcentem na „jeszcze”. – Ale kiedy was przepędzę, on tu zostanie, bo mam z nim osobiście coś jeszcze do załatwienia. – Patrzyli na mnie z przerażeniem. Wiedzieli, że żartów nigdy tu nie było. Spojrzałem na rudego, pierwszego strony od lasku.

                – Ty. Won.

Poderwał się nader sprawnie i już go nie było. Co ciekawe, nie pobiegł w stronę, skąd przyszli. Zapewne dlatego, że nie miał tam nikogo życzliwego. I dobrze. Lepiej dla nas obu.

Po dłuższej chwili spojrzałem na drugiego.

 – Gdzie mieszkasz?

 – W Woli… Zaredzynskiej… – wydukał.

 – Won!

Pozbierał się w miarę szybko i pobiegł już całkiem sprawnie. Nie oglądał się. I dobrze. Kiedy zniknął mi za pagórkiem, przymknąłem oczy i wzbiłem drona w niebo. Obserwowałem obu, bo przez jakiś czas względnie w jednym kierunku. Nie zawracali. Wiali równo. Dron wrócił na swoje miejsce.

Spojrzałem się na trzeciego, tego przytomnego.

 – Lubisz ogień, co? A może coś ci przypalę, byś poczuł jego smak z bliska?

Dzieciak się szarpnął, jakby chciał się zerwać, ale osadziłem go w miejscu jednym zamachnięciem kija.

 – Leżeć! – warknąłem.

Znieruchomiał.

 – Skąd jesteś? Jak się nazywasz?

Milczał.

  – Aha, rżniesz twardziela… Dobra. Zobaczymy, czy z kijem w zębach dalej będziesz taki hardy… Podniosłem się, choć wiedziałem, że niepotrzebnie.

– Z Pabianic. Maciej, z Wojciecha Młynarczyka zrodzony. Szesnaście wiosen mi zeszło niedawno.

Podniosłem rękę i zamilkł.

 – Matka?

 – Nie żyje. W połogu przy najmłodszym z braci, dwa lata nazad.

Podniosłem rękę. Znów cisza.

 – Który z was to ten podpalacz? Który z was to wykoncypował? Ty?

 – Ja, panie. Ja. – spuścił wzrok.

 – A ten? Jak się zwie?

 – Andrzej, z Kajewskiego. Mieszka z bratem i ojcem u sołtysa w Bychlewie. Za parobków tam som. Matka jego na plebanji u  księdza dobrodzieja w Fabianicach, z córką i siostrą, to samo. Na posłudze.

 – Wiesz, że on już tam nie wróci?

 – Panie… pomiłujcie… On zrozumie! On butny, bo ociec lał go całe żyje jak sam żłopał gorzałkę, ale póki robił swoje, sołtys nie chciał tego widzieć. Bo nikt go nie szanuje przes to, dlatego taki hardy. Bo inaczej nie umi. Darujcie mu, panie… 

Chłopak ewidentnie rozgarnięty najbardziej z niech wszystkich, choć najwięcej miał narozrabiać. I co to zrobić? Jeśli to prawda, to dzieciak ma skrajny stan DDA, choć dla mnie jeszcze jest dzieciakiem… Ale tu już nie jest…

Kiwnąłem głową.

 – Zostań z nim, aż się obudzi. I powiedz mu, że dziś po raz ostatni sięgnął po kija wobec kogokolwiek. Nigdy więcej się gorzałki nie napije, nigdy nie podniesie na nikogo ręki, nawet na zapijaczonego ojca, zrozumiałeś? – pokiwał głową żarliwie.

 – On zrozumie. Dziękuję panie. – szarpnął się ku mnie, jakby chciał się pochylić,  może w rękę całować, ale więzy go pohamowały… Zaszedłem go od tyłu i rozwiązałem sznur.

 –  Zapamiętaj synu ten dzień… Tę noc. Dziś uratowałem wiele istnień przez to, że zlałem was tak kijami. Wiedz, że to co dziś się stało mogło zapobiec kiedyś stracie innych. Rozumiesz to?

 – Chyba tak…  panie.  – Zastanowił  się. – gdybyś dziś nas nie pobił, jutro może byśmy pobili  kogoś innego i to by wyrzondziwszy winkszom kszywde…, tak?

Młody nie był wcale taki głupi! Czemu więc tak głupio postępował?

 – Dobrze to pojąłeś. Tak właśnie być mogło.

A potem, parę tygodni później… W miasto uderzyła burza. Wielka, od północy nadeszła. Ale pożar wzniecił się tylko jeden, przypadkowy. Udało się go opanować, choć strawił większą część dachu kościoła i banię na wieży, jednak nie sięgnął organów. Do szczętu spłonęły zabudowania zamku, część domostw przy kościele w zachodniej pierzei, przez co w końcu ją zlikwidowano, co otworzyło nieco szerzej rynek ku kościołowi. I w tym pożarze była tylko jedna ofiara. Spalił się chłopak, co ponoć ruszył na kościół w pojedynkę z bosakiem tylko i zasypały go rozpalone dachówki… Wiele z ciała nie zostało, ale tamtego dnia jego ojciec ostatni raz sięgnął po gorzałkę. Ponoć nie mógł już więcej znieść samego siebie. Powiesił się rano po pożarze, u sołtysa w stajni.

Za niedługi czas sam dopuszczę się głupiego postępku, którego mógłbym uniknąć, gdybym tylko trochę przytomniej pomyślał. Ale nie pomyślałem.

Pozostało mi  jeszcze jedno. O mało nie zapomniałem! Wróciłem w rejon Mariawitów, obchodząc miasto szerokim łukiem od zachodu. Nie chciałem spotkać się z burmistrzem, z nikim nie chciałem. Zostało mi ogarnięcie krówek i pastuszka przecież. Zrobiłem więc pętlę wokół miasta, skoczyłem do właściwej chwili i zaczaiłem się za drzewem, czekając na swoje przybycie. Huknęło, cmoknęło, krówki w ryk a pastuszek…

A  pastuszek zobaczył jak mu się kopiejki sypnęły pod nogi i zapomniał wnet o wszelkich hałasach. Kiedy już  je wydłubał z trawy, spojrzał na mnie i trochę go zamurowało, bo przecież był tu dopiero co – sam! Ale kiedy pojawiły się kolejne krążki miedzi w otwartej dłoni i palec drugiej na ustach… Młody już nic nie mówił. Złapał co dostał i radośnie poleciał zaganiać krówki ku sobie. Oddaliłem się pospiesznie i odmeldowałem z tej nieszczęsnej łączki.