Stary Bugaj

Jedno małe uprzedzenie we wstępie:
To są głównie moje osobiste przemyślenia, mogą się nie pokrywać z waszymi, mogą się też w jakichś aspektach mijać z ówczesną rzeczywistością, proszę mieć to na uwadze.
Nie wszystko pamiętam dokładnie. Zwłaszcza z czasów, kiedy miałem roczek, gdy zamieszkałem tu z rodzicami w pierwszym, oddanym do użytku bloku.

Kiedy słucham pierwszych opowieści o tym, jak zaczęto budować moje osiedle, zawsze zaskakiwało mnie, że ludzie wcale nie byli tacy chętni do przeprowadzania się tutaj. Ale czemu? Nowe mieszkania, o wiele lepsze standardy jak chociażby bieżąca woda w kranach czy spłukiwana toaleta, o kaloryferach nie wspominając… Dla mnie to prawie zwykłe rzeczy, bo pamiętam jeszcze mieszkanie u dziadków na Poprzecznej i Bohaterów i mycie się w miednicy z wody noszonej w wiadrach czy inne czynności. Jednak wtedy, dla jednego pokolenia wstecz to była o wiele bardziej złożona decyzja, która wymagała przestawienia się na nieco inny tok myślenia. Bugaj wtedy był opłotkami miasta. Infrastruktura drogowa w kompletnych powijakach, co nastręczało banalnych powodów do niechęci do takiej lokalizacji. Co tam, że Bugaj… wtedy to jeszcze był jeden wielki plac budowy, księżycowy krajobraz poprzecinany gigantycznymi rowami wkopów pod fundamenty kolejnych bloków, ziemia niemożebnie zryta przez wywrotki, bo wtedy mało się zastanawiano nad utwardzaniem dróg, nawet tych technicznych, tymczasowych, no bo po co? Przecież i tak wszystko zginie we wszech ogarniającym błocie. Ogólnie, wówczas myślenie też był bardziej tylko doraźne, bez szerszego planu opierającego się na wydajności i efektywności. Ale… wracając do opowieści.
Tata często mówił o tym, że przeprowadzka zmuszała go do dłuższej pieszej wędrówki do tramwaju, bo pracował wtedy w Wolanie na Dąbrowskiego i mieszkając u swojej mamy mieli do tramwaju może ze 100 metrów a z nowego adresu… musiał iść taki kawał pieszo do Warszawskiej.
Tu mała dygresja.
Skala.
Czym dla kogo jest „kawał” drogi?
Mnie zawsze bawiło stwierdzenie, że wyjście na miasto, czyli umownie do centrum, czyli do SDH-u to dwudziestominutowy spacerek, bez szczególnego wysiłku. Moja żona, pochodząca z mniejszej miejscowości niż Pabianice, ale mieszkająca ostatnie 20 lat w Łodzi, zanim się poznaliśmy śmiała się jeszcze bardziej, że dla niej wyjście do centrum, to podróż ze śródmieścia do… śródmieścia, ale i nawet tramwajem mogło to potrwać te moje 20 minut. Ale dla taty, który pochodzi ze wsi – kilometr to był już kawał drogi, zwłaszcza że pieszo. Nie śmialiśmy się przez złośliwość, po prostu bawiły nas te pojęcia skali kawału drogi. Każdy mierzy swój świat własną miarą i tego się nie uniknie.
Dlatego więc przeprowadzka na nowe osiedle nie była wcale taka atrakcyjna. I to już tylko dla dorosłych. Ale przecież nie wszyscy były w takiej sytuacji, że zamieszkanie przy Nowej Drodze – bo tak wtedy jeszcze mówiono na ówczesną ulicę Marchlewskiego, dotyczyło tylko ich. Moi mieli jeszcze o tyle łatwiej, ze pomieszkiwali u swoich rodziców/teściów – naprzemiennie i nie mają własnego mieszkania komunalnego, nie musieli się natychmiast przeprowadzać do nowego w blokach – wtedy był taki przymus – nie mogli mieć jakiegoś czasu na przeprowadzkę, tylko już, rachu ciachu i siup do nowego -bo na stare już inni czekają. Dlatego np. rodzice mojego kumpla wprowadzili się już w sierpniu a moi dopiero w październiku.
Kłopot z zamieszkaniem na nowym osiedlu dotyczył o wiele bardziej ich dzieci. W pobliżu istniało tylko jedno przedszkole i żłobek. Ale też nie tak zupełnie w pobliżu. Ale szkoła podstawowa? Najbliższa to 16-tka z ówczesnym wejściem – jak sam pamiętam – od ulicy Bocznej, choć już wtedy częściej korzystaliśmy z wejścia na tyle szkoły, który dziś mógłby być w sumie jej przodem, dalej 17-tka przy Warszawskiej i 8-ka na Skargi, 15-tka przy Curie-Skłodowskiej, od biedy jeszcze 13-tka przy Karolewskiej, ale pozostałe już dużo dalej.
I o ile dorośli mogli sobie z tymi pieszymi wycieczkami jeszcze jakoś normalnie radzić, to dla dzieci to już nie było to takie kolorowe. Jak wspomniałem, w 1974 roku, kiedy oddawano dwa pierwsze bloki do użytku, Marchlewskiego kończyła swój przebieg przy skrzyżowaniu z ulicą Bugaj i dalej koniec… zarys ulicy ciągnął się może jeszcze ze sto metrów, ale potem przechodził w zwykłe wydeptane ścieżki do wylotu Gryzla i koniec. Żadnych innych utwardzonych dróg, żadnej komunikacji miejskiej. Wtedy była tylko jedna linia autobusowa o logicznym numerze 1 i to wszystko. Dopóki nie poprowadzono „dwójki”, jedynka była w sumie też nowością, bo uruchomiono ją ledwie dwa lata wcześniej, w połowie lipca 1972 roku, ale nie obejmowała naszego osiedla, bo jeszcze nie było go na mapie miasta.

Powyżej poglądowy widoczek z roku 1973, gdzie kropkami zaznaczyłem wspomniane wcześniej szkoły, przedszkole i żłobek. A w kółku… rodzący się w bólach Bugaj. Nikt (chyba?) wtedy jeszcze nie wiedział, jak bardzo rozrośnie się ta dzielnica więc i nie planowano jeszcze jakichś konkretnych rozwiązań komunikacyjnych. Albo inaczej: Może i już planowano, ale z punktu widzenia przeciętnych mieszkańców tego rejonu nic nie zapowiadało szczególnych zmian czy dodatków. Zapewne wielu marzyło o tym, by powstała druga linia, ale w tamtych czasach decyzyjność na papierze zawsze była wspaniała, ale realizacje tych decyzji potrafiły trwać w nieskończoność. A dla kogoś kilka lat to prawie jak nieskończoność i dobry powód do głębokiego zastanowienia się nad sensem przeprowadzki na nowe osiedle. Druga linia pojawiła się 17 stycznia 1977 roku. Skupię się też tylko na jej przebiegu od SDH-u do Lewityna. Kremowo-czerwone Jelcze 272 Mex, potocznie zwane przez wszystkich „ogórkami” toczyły się ulicą Kilińskiego, Marchlewskiego i Bugaj, nawracając ciasną pętlą na malutkim parkingu przy dawnym domu rodziny Nawrockich, pod adresem Bugaj 110.

Tu mamy widok na skrajnie drugą stronę tej linii, pętla na Klimkowiźnie, ale chodziło mi o samo zdjęcie autobusu.
5 czerwca 1978 roku poprowadzono drugą dwójkę, zwaną BIS, która miała o wiele krótszą trasę, od wspomnianej pętli pod Lewitynem do większej pętli, skręcając z Kilińskiego w Armii Czerwone, potem zaraz w Kościuszki i parkując na ulicy Złotej, skąd wracała pokrywającą się linią z podstawową „dwójką”.
I była jeszcze trzecia „dwójka”, zwana potocznie Zieloną Linią, przez taki zielony pas wymalowany wzdłuż okien, na styku podstawowych barw, ale na stronie naszego MZK nie ma o tym ani słowa. Pamiętam, jak raz poszliśmy z tatą na pętlę przy MOSiR-ze i tata spisywał godziny odjazdów (takie spisy 1 i 2 mieliśmy zawsze w domu, w kredensie za szybką), ale ta linia jeździła chyba tylko w soboty i niedziele, albo w jakieś szczególne dni… tego dokładnie nie pamiętam. I chyba za długo nie istniała.

Tak czy owak, bloków z latami zaczęło przybywać, aż w końcu lat 70-tych całkowicie wypełniły obręb ulic Bugaj, Gawrońskiej, Nawrockiego i Marchlewskiego. Celowo używam tu nazw ulic z tamtego okresu, myślę, że nikomu nie utrudni to wyobrażenia sobie, które nazwy dziś się zmieniły.

Na śmierć zapomniałem, skąd pobrałem ten fragment zdjęcia satelitarnego, ale chodziło mi o uniknięcie zaśmiecenia zbędnymi informacjami z mapy Googla.

I tak doszliśmy do sedna tematu.

Zamarzyło mi się, by dowiedzieć się, w jakiej kolejności oddawano do użytku nasze bloki. Nawet nie przypuszczałem, ze mój będzie starszy od kolejnego tylko o miesiąc :o, ale jednak jest tym pierwszym, najstarszym. A skoro mi się zamarzyło, to wysmażyłem obszerny list do naszej spółdzielni, poprzedzając go rozmową telefoniczną z sekretariatem, by dowiedzieć się, do kogo bezpośrednio mam zaadresować wiadomość. I tak otrzymałem niemal kompletną listę dat. Pisząc o tym później w którymś z postów na SzP, jeden z czytelników zasugerował mi stworzenie mapki. bardzo dobry pomysł, dzięki któremu okazało się, ze pani pominęła jeden adres co spowodowało, że trzeba było to uściślić. Przy okazji zapytałem też o daty budowy „blaszaka” i przedszkola, ale o ile z blaszakiem już czułem, że trzeba będzie zawalczyć z PSS Społem, to przedszkole okazało się nie być przynależnym do zasobów spółdzielczych i trzeba było się skontaktować z samą instytucją. Najprostsze rozwiązania czasami przychodzą najtrudniej, ale w końcu, po niedoczekaniu się na odpowiedź mailową po prawie trzech tygodniach, zacząłem tam wydzwaniać i w końcu, wydrążeniu wielu dziur w paru brzuchach udało mi się dopiąć swego i PSS udzieliło mi konkretnej odpowiedzi. Tak więc stary pawilon uzyskał swoją datę rozpoczęcia budowy na rok 1975 a oddanie do użytku w 1976.
Z przedszkolem poszło o wiele łatwiej, bo wystarczyło tylko porozmawiać raz z panią dyrektor, napisać e-mail, w którym opisałem siebie, swoje zainteresowania oraz wyłuszczyłem potrzebę i na drugi dzień miałem już krótką, ale rzeczową odpowiedź. Jednakowoż, tu też musiałem poprosić o uzupełnienie informacji, gdyż sama data otwarcia to za mało. Od zawsze, jak pamiętam mama wspominała, że to przedszkole miało być otwarte tak, że ja bym do niego jeszcze poszedł a nie kiedy byłem już w połowie podstawówki. I okazało się, że coś tym jest. w dokumentacji budowlanej są zapiski o tym, że część projektów jest datowana już na 1974 rok, czyli, gdyby od razu wzięto się do tego, może jeszcze bym się na rok czy dwa załapał. Ale skoro nie, to mam piękne zdjęcie portretowe przy słuchawce telefonu w moim przedszkolu w dołku. nawet pamiętam, jak pozowałem, bo telefon jako samo urządzenie był dla mnie wtedy czymś tak niezwykłym, że zapamiętałem to wydarzenie na całe życie 🙂

Zostały dwie gapy, których nie da się chyba już wydatować. Sklepiki obok przedszkola i boiska. Oba wyasfaltowane od samego początku, plus to do koszykówki, ale w dokumentach PSM nie zachowała się żadna notatka o dacie ich wybudowania. Zapisałem daty na niebiesko, opierając się na najwcześniejszym znanym mi materiale, jakim jest film pana Witolda Szulca na potrzeby pierwszej (i jak dotąd jedynej) osiedlowej telewizji pabianickiej TOP nakręcony z helikoptera:

Kilka razy widać te miejsca więc przyjąłem to za minimalną datę, choć jestem pewien, że są starsze o dobrą dekadę, bo pamiętam jak jeszcze w podstawówce będąc, czyli za czasów PRL na noc zimą pan wylewał na to boisko wodę i na drugi dzień było gotowe wielkie lodowisko.

Dziś Bugaj jest wielki. Prawdopodobnie 1/4 mieszkańców tu żyje. Ale dla mnie najbardziej liczy się ta jego najstarsza część, z nią wiąże się najwięcej moich wspomnień, również tych mniej ciekawych.

W akcie bezrozumnego roztargnienia nie zauważyłem, że pominąłem kadrowaniem mój ukochany „Barak”, który istniał prawie od tak dawna jak pierwsze bloki, ale jako ŚKK „Barak” funkcjonował od 1979 roku a żywot swój zakończył w lipcu 2007 roku. Usprawiedliwi mnie może tylko to, że miałem pisać o samych blokach więc dodając kilka akapitów o innych obiektach użyteczności publicznej – Barak też się jak najbardziej do tego dopisuje.
Wychowałem się w nim prawie, spędzając tam większość swojej nastolatkowej części życia, ale i wiele późniejszych lat. Kiedyś nawet ktoś się mocno zdziwił, kiedy dowiedział się, ze ja tam nie pracowałem, bo tyle czasu tam spędzałem! To były dziwne, ale i piękne czasy. I fajnie, ze mamy teraz tak potężne medium, jakim jest internet i że można się tym podzielić.