Minus jeden

Jest to historyjka o tyleż prawdziwa, co kompletnie nieweryfikowalna, ale ma swój dziwny posmak prawdziwości.

Moją rutyną na naszym cmentarzu jest kolejność odwiedzanych pomników. Najpierw grób babci Marty, gdzie leży też pochowany jej syn Waldzik – brat mojej mamy, który utonął w wojsku na zalewie szczecińskim w 1955 roku. Służył w marynarce wojennej. Ponoć mieli mieć jakieś ćwiczenia w pełnym rynsztunku bojowym (cokolwiek miało to znaczyć) i byli w dziewięciu w siedmioosobowej łodzi, która się wywróciła lub którą wywróciły fale… tak czy owak, uratowało się siedmiu, ale nie mój wuj i jeden jeszcze kolega… Obok nich leży tam jeszcze mój dziadek.

Drugim pomnikiem jest grób mojej babci i dziadka po mieczu, czyli rodzice taty. A od trzech lat pochowany jest tam też wieloletni absztyfikant mojej chrzestnej, z którym była chyba ze trzydzieści lat. Był działaczem społecznym, prezesem Włókniarza przez chyba rok… nazwiska nie wspomnę, nie jest to konieczne dla tej historii.

Nie jestem raczej fanem rodzinnych spotkań, nie chadzam do nikogo w odwiedziny (zwłaszcza do tych żyjących), nikogo sam nie goszczę u siebie również, raz na rok przyjedzie do nas w gości szwagier i to nam z grubsza wystarcza. Taki odosobniony ze mnie „rodzinnie” typ. Tak już mam. I w sumie dobrze mi z tym.

ostatnim punktem programu spaceru po nekropolii jest kwatera naszych żołnierzy. Do ruskich nie zaglądam, równie dobrze mogła by nie istnieć. Nie przeszkadzają mi socjalistyczne emblematy na ich pomniku, ale jakoś mi tam nigdy nie jest po drodze. Ale do pabianickich poległych zaglądam co rok. Bez wyjątku. I tu właśnie spotkałem się z historyjką, którą dziś wam opowiem.

Było to… no, z kilka już lat temu. Może sześć, może siedem, nie pamiętam. Zawsze przypominała mi się w okolicach pierwszego listopada, w tym roku również i skojarzyłem, że w sumie przecież idealnie pasuje do charakteru tej strony, bo to pabianicka opowieść z września ’39 choć praktycznie w ogóle nie związana z tą jednie znaną i powtarzaną – bitwą.

Prawdopodobnie niemieckie zdjęcie ze zwiadu rozpoznawczego z początku września ’39
Wyłowione z internetu.

Kilka kroków ode mnie stał bardzo już wiekowy pan, trzęsącą się ręką przypalił znicza, ale zanim go postawił pośród innych, wyjął flamaster z kieszeni i wyraźnie napisał na szklance, tytułowe „-1„.

Kiedy już odchodził, zaczepiłem go i zapytałem o to.

Przystanął, spojrzał się na mnie długo i zapytał:

– Czy zna pan historię walk pod Pabianicami?

Odparłem, że dość dobrze. Przedstawiłem się, w paru słowach opisałem co robię, czym się zajmuję. Pan uśmiechnął się trochę i powiedział, że skoro tak, to jego wspomnienie trafi na podatny grunt.

– Zanim doszło do tej słynnej bitwy, która w sumie przecież była tylko kilkugodzinna potyczką i to jeszcze rozłożoną w czasie na trzy raty z przerwami, to przecież wydarzyło się wiele różnych sytuacji, które zaowocowały tym, co znamy dziś z książek, ze wspomnień naocznych świadków. Ale praktycznie nikt nie wspomina co działo się w okolicy miasta, co działo się pośród cywili, a działo się całkiem sporo, choć oczywiście wszystko zależało od tego, gdzie kto mieszkał.

Tu mała dygresja ode mnie: przedstawiony fragment zdjęcia lotniczego skupia się głównie na ulicy Karolewskiej w Chechle Pierwszym, gdzie doszło do wydarzeń z opowieści, dlatego pozostawiłem tylko fragment Strzelnicy, dla łatwiejszego zobrazowania lokalizacji.

– W Karolewie, w Róży, we wsiach na zachód i południe od Pabianic gotowało się w gospodarstwach, ludzie na gwałt pakowali swoje dobytki na wozy, chcąc uciekać przed niemiecką nawałnicą, która wydawała się przeć niemal nieustannie. Ale całą tę falę szkopskiego szwargotu poprzedzała jeszcze większa fala naszych wojsk, będących w niezmiennym odwrocie, przetaczająca się wiejskimi uliczkami, polami, lasami, duktami a czasem wręcz prosto jak leciało – polami. N0 i oczywiście już pierwszymi spędami cywili z dalszych regionów, spod granicy nawet. Wtedy i ów pan trafił do jednego z obejść w Chechle, gdzie stał żołnierz trzymający przyprzężonego do wozu konia za uzdę, potrząsającego karabinem i kłócącego się z jakimś mężczyzną na koźle i jego rodziną skupioną jeszcze wokół wozu. Pan nie mógł się dowołać spokoju więc wyjął pistolet i wypalił w powietrze, by przebić się przez awanturujących się. Żołnierz od razu się odwrócił i już był gotów repetować karabin, ale dystynkcje sierżanta na pagonach osadziły jego zapędy. Przywołany do porządku, odmeldował się i poskarżył, że chcąc zarekwirować konia, natrafił na opór mieszkańców, w dodatku szwargoczących trochę z niemiecka więc tym bardziej czuł się w uzasadnieniu, że szkopom można zabrać, nawet jeśli to tylko cywile. Kiedy jednak zwrócił się do cywili, oni opowiedzieli trochę szerszą historię. Otóż pan żołnierz wszedł do nich na podwórko, domagając się oddania mu konia pod wierzch, bo jego poniósł i zrzucił go z siodła a on przecież nie będzie szedł piechotą jak pospolity żołdak, bo on ułan i takie tam dyrdymały. A kiedy odmówili, wycelował karabin w gospodarza i pewnie by strzelił, gdyby nie zbiegła się cała rodzina i tak o to groźba rozstrzelaniem przerodziła się w kłótnię i wyzwiska, ale bez rozlewu krwi. Pan zażądał broni tamtego „ułana:”, jego książeczki wojskowej i nakazał mu siedzieć pod bramą stodoły tak długo aż on wróci. Chłop z rodziną przypilnowali go widłami, by mu nic głupiego do głowy nie przyszło, jak na ten przykład – ucieczka. Wrócił z patrolem, który go zaaresztował i odprowadzono go do lasu, gdzie miał się mieścić polowy sztab. Ale jednak potem, jednak trafił na Strzelnicę, gdzie zginął podczas jednego z ostrzałów niemieckich na nasze tabory.

– I tak oto, obok bohaterskich działań Salwy, dzień wcześniej – inny, dla odmiany – skurwysyn w polskim mundurze chciał pozbawić jedynego konia rodzinę uciekinierów spod Osjakowa, która zaszła do swoich krewnych na chwilę odpoczynku pod Pabianicami a że zaciągali trochę po „ślunsku” to wziął ich za Niemców. To dlatego stawiam im wszystkim jedną wspólną lampkę, ale dopisuję na każdej kolejnej: minus jeden.
Pan uścisnął mi dłoń i więcej go już nie spotkałem. Ani nazwiska, ani stopnia, ani słowa, co działo się z nim potem.
Jeden przypadkowy człowiek i jeszcze jedna przypadkowa, wojenna historia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *