Niniejszym – słowem wstępu, napiszę kilka zdań od siebie.
Poznałem panią Gabrielę Walczak, jako stałą czytelniczkę Starych zdjęć Pabianic. Przy okazji ogłoszenia o moim zapotrzebowaniu na pudełeczko do kilku slajdów, które nabyłem jakiś czas wcześniej, odpisała, że może mi dać takie, spotkaliśmy się u niej w domu i tak nawiązała się pierwsza nić komunikacji. Przed wyjściem wtedy zapowiedziała, że naszykuje trochę rzeczy, które będzie chciała mi później przekazać, bo ja jestem kimś, kto się tym pasjonuje a jak ona już „kojfnie”, jak to sama określiła 😉 to nikt się tym po niej nie przejmie i pewnie wszystko trafi do kosza. A szkoda by jej było. Stąd taki pomysł.
Bardzo zacny pomysł, przyznaję.
I cieszy, że uznała mnie za właściwego powiernika tych rodzinnych skarbów i wspomnień.
I tak, od wczoraj, tj. od 1 czerwca, jestem posiadaczem kilkunastu bardzo ciekawych dokumentów i fotografii, które sukcesywnie będą trafiały na stronę SzP. Oraz transkrypcji prawie półtoragodzinnej rozmowy, jaką wczoraj odbyliśmy.
Jednym z największych i najciekawszych elementów tego zestawu są spisane pobieżnie, ale i tak ciekawie wspomnienia krewnego pani Gabrysi, Bogdana Walczaka. Kilkanaście stron rękopisu, opowiadającego dość wyrywkowo o różnych zdarzeniach rodzinnych, ale wspominający również sytuacje – a dla nas już zupełnie niespotykane, jak pogrzeb żydowski, znacząco dość różniący się od naszego obrządku, czy o relacjach między Polakami, Niemcami a Żydami, których dziś się już nie da w żaden inny sposób odtworzyć, jak tylko czytając o tym.
W tekście znajduje się trochę nieścisłości historycznych, ale nie chcąc zbyt ingerować w całość, skupiłem się na dodawaniu swoich adnotacji w nawiasach. Poprawiłem trochę błędów interpunkcyjnych, nie natrafiwszy nawet na jeden ortograficzny, mimo usprawiedliwienia się w tej kwestii przez samego autora na końcu wstępu. Z całości opracowania pominąłem ostatnią część, w której następuje spis nazwisk kilkudziesięciu członków rodzin oraz ogólnnikowe drzewko genealogiczne, które jako takie nie wnosi niczego do treści, które by nas mogły szerzej interesować. Treść tych zapisków publikuję za ustną zgodą pani Gabrieli Walczak.
Tyle ode mnie. Oddaję głos panu Bogdanowi.
Przyjemnej lektury.

„Mieszkali na Konopnickiej, ale mój mąż go nie pamiętał. Mój stary, jak opowiadał to jeździł na rowerku z Narutowicza na Konopnicką do babki na gruszki. To był trzeci drewniak po lewej stronie idąc od Zamkowej.”
Zapiski
„Zapiski moje oparte na opowiadaniach mojego ojca Wiktora, babci Marii jej brata Stanisława Rosoła, brata dziadka Józefa, jego siostry Zofii, mojej siostry Lucyny, małżeństwa Szmydt, potomka rodziny Możyszków. Książki „Pabianice Rzgów i okolice” autora Maksymiliana Barucha oraz książki „Pabianickie Cmentarze” i „Pabianice 1939-1945” autorki Alicji Dopart. Książki dostępne w Muzeum Pabianickim.
W 1956 r rodzice kupili mi motocykl SHL i z tatą Wiktorem zaczęliśmy odwiedzać rodziny Walczaków i Rosołów. W wiosce Marszewiec odwiedziliśmy brata dziadka Józefa, zapamiętałem jako średniego wzrostu z siwymi wąsami i jego żonę sporo młodszą. Innym razem pojechaliśmy do wsi Kącik koło Zelowa, do brata babci Stanisława zastaliśmy małżeństwo z dwojgiem dzieci poczęstowali nas plackiem i kawą z mlekiem. Dostaliśmy koguta i zaproszenie byśmy znowu ich odwiedzili. Nasza wyprawa do Zelowa była nieudana. Szukaliśmy rodziny pod różnymi adresami, w końcu tata zdecydował jedziemy do domu. Pamiętam, że odwiedziło nas małżeństwo z Zelowa prawdopodobnie z zaproszeniem na wesele, po obiedzie wraz z moim tatą poszli do wuja Romana na ul. Ogrodową.
W Dobroniu mieszkali Rosoły – nie wiem jakie było pokrewieństwo, pamiętam że wujo był krawcem było to już po 1965 r. O Pabianicach z przed 1939 r opowiadali Maria Mróz ur. w 1927 roku i od urodzenia mieszkała w kamienicy czynszowej na ul. Bugaj 13. Mieszka do dziś z małżonkiem Szmydt ur. też 1927 r. Wnuk – Piotr Możyszek zamieszkały na Bugaju opowiedział mi o swoim dziadku dorożkarzu a później wozaku węgla. Siostra moja Lucyna Hadrysiak na zjeździe nauczycieli w Piotrkowie spotkała nauczycielkę o nazwisku Walczak, podczas rozmowy okazało się że wyszła za mąż za wnuka Walczaka Józefa zamieszkałym w Marszewcu, który miał brata Antoniego i siostrę Zofię w Pabianicach.
Na zakończenie przepraszam za moją pisownię i błędy, w moim życiu częściej używałem młotka i wkrętaka niż pióra. Pisząc to mam 81 lat. Być może komuś przydadzą się moje wspomnienia do napisania dalszych dziejów swojej rodziny.
Bogdan Walczak ur. 28.01.1938 r wykształcony w Technikum Energetycznym w Łodzi.
Pabianice styczeń 2019 r.
(Autor zmarł 7 lipca 2024 roku)
Antoni Walczak 1881-1935 Pabianice.
Dzieje Pabianic są dobrze udokumentowane przez kronikarza Długosza i dokumenty kapituły krakowskiej od XIII do XVIII w. Dalsze dzieje od XVIII do XX w opisane przez historyka Maksymiliana Barucha (1861-1931). Ograniczę się na przypomnieniu historii kamienicy nazwanej później zamkiem. Powstała w 1565 i następnych latach (str 10 Dz. Pab.(?)) są to czasy bezkrólewia, miasto nękane przez bezpańskich rycerzy. W 1570 r. kapituła poleciła podstaroście pabianickiemu Bernardowi Miraszewskiemu utworzyć straż zamkową złożoną z dziesięciu zbrojnych jeźdźców, sześć armat i trzydziestu oszczepników – na koszt kapituły. Dowództwo powierzono proboszczowi par. św. Mateusza i dodatkowo usypać wał ziemny oraz przekopać fosę. Dla wzmocnienia obronności sołtysi pobliskich wiosek mieli wybrać na dwudziestu mieszkańców jednego wybrańca. Mieli każdej niedzieli brać udział w ćwiczeniach wraz z dziesięcioma pachołkami dworskimi. O dalszych losach obrońców mamy w opisach pożarów i tak w 1639 r spłonęła znaczna część miasta. Drugim pożarze w 1703 gdy stacjonujący Szwedzi (Potop zakończył się prawie 40 lat wcześniej ??!) spalili wiele domów. Największy pożar nawiedził miasto w 1760 r, spłonęło całe miasto i część zabudowań folwarcznych wraz inwentarzem. W opisach są wzmianki o udziale w gaszeniu brali udział pachołkowie drużyna i fornale. Ostatnim dużym pożarem który spalił domy starego miasta wokół rynku i dach kościoła św. Mateusza w 1883 r. (Tu poprawka jest konieczna, bo stało się to w 1823 roku) Jeśli mamy szukać naszego przodka to wśród ludzi zajmujących się obroną i walką, nazwiska wtedy nadawano od profesji. Życie naszego przodka przypada na trudne czasy dla Polaków: upadek powstania, rozbiór polski i represje dla Polaków. Pabianice liczyły wtedy około 2000 mieszkańców i ponad dwadzieścia ulic. Nazwy ich pochodziły od zawodów np.: Konopna, Garncarska Szewska, Młynarska, Tkacka, Kamienna, Targowa. Część mieszkańców zajmowała się uprawą roli i w swoich obejściach trzymali, trzodę bydło, konie, owce. Latem rano pędzili bydło na rynek, stamtąd pastuch miejski prowadził stado ulicą Bugaj na pastwiska zwane potężnią nad Dobrzynką pod Rydzynami (stąd dziś relikt tej nazwy w postaci wspomnienia po wiosce Potaźnia). Wieczorem bydło wracało do obór, po drodze na ulicy Bugaj między Nr 1 i 17 była droga do rzeki gdzie bydło piło wodę. Było tam duże rozlewisko z wyspą tam wpadała rzeka Pabianka. Mieszkańcy ul. Bugaj od plebani do rozlewiska mieli ogrody do samej rzeki, były tam pomosty i łódki (poświadczam to bo do lat 60-tych były pozostałości). Wędrówki bydła trwało aż do 1950 r. zatrzymywano ruch i tramwaj, właściciele z rynku zabierali swoje bydło do obór. Społeczeństwo miasta dzieliło się na: ziomków, rzemieślników, obywateli i osadników. Ziomkowie posiadali ziemie uprawną, rzemieślnicy skupieni w cechu, obywatele posiadacze domów i sklepów oraz osadnicy, którzy najczęściej mieszkali na nowym mieście.
Podział ten widoczny do dziś w kościele św. Mateusza, osobne ławki tzw. kolektorskie blisko ołtarza, reszta modliła się na stojąco. Zaborcy chcąc ustrzec się (przed) nowymi ruchami wolnościowymi zabierają młodych Polaków do wojska po ukończeniu 19 lat. Antoni, w wieku 19 lat jak później jego brat Stefan zostali wysłani na południowe i wschodnie rubieże imperium carskiego. Trwała tam wieczna wojna, by utrzymać ład wśród podbitych narodów. Buntowali się przeciw siłom narzuconej władzy obcego imperium. W takich ekspedycjach brał udział Antoni i inni Polacy – siłą wcieleni do carskiej armii.
Po czterech latach służby zostaje zwolniony do domu jako niezdolny do dalszej żołnierki, był ranny i utykał na nogę. Po powrocie odpoczywa po prawie czteromiesięcznej drodze do domu, jedynymi środkami podróży były własne nogi i dyliżansy (kibitki). Antoni większości drogi pokonał pieszo bo szkoda mu było wydać kilka czerwieniców które dostał jako odprawę za służbę. Pabianice w tym czasie podobne do Rzgowa były w lepszym położeniu bo posiadały większą rzekę Dobrzynkę i jej dopływ Pabiankę, były dogodnym miejscem do powstania zalążka powstania przemysłu. Antoni po nabraniu sił imał się różnych zajęć na starym mieście, przy budowie domów, wyrębu drzewa i początkowych robót przy powstającej fabryce. Zimą przerywano wszelkie prace budowlane, większości, mężczyzn szła do okolicznych wsi by za spanie i strawę pomagać w pracach gospodarskich. Antoni po obejściu kilka okolicznych wsi, decyduje się na dalszą drogę aż pod Zelów. Tam, w wiosce Kącik dostał zajęcie u zamożnego chłopa o nazwisku Rosół. Pomagał w różnych pracach gospodarskich a wieczorem do gospodarza schodzili się sąsiedzi, by posłuchać o dalekich krajach, obyczajach, dziwnych zwierzętach i czarach. W tamtych czasach jednym źródłem wiadomości była ambona i opowiadania ludzi którzy byli w świecie, widzieli różne kraje, zwyczaje, domy i zwierzęta. Widocznie był dobrym narratorem bo chętnie go słuchali do późnych nocnych godzin. W ciemne zimowe noce słuchając o dziwnych stworach i czarownikach i bali się wracać do domów prosząc Antoniego by ich odprowadził, dostawał za to jajka, tytoń albo masło. Raz w miesiącu szedł do Pabianic by podzielić się otrzymanymi darami. Zdarzało się, że gospodynie słuchając o różnych czarach bały się wieczorem doić krowy przez co chorowały, wołali wtedy Antoniego by odczynił czary i uzdrowił krowę. Do tych czarów zabierał najmłodszą córkę Marię, by ta pilnowała, by nikt nie widział jak uzdrawia krowy. Gospodarz zadowolony z pracy Antoniego, na wsi ludzie mówili że Rosół szykuje sobie zięcia ze starszą córką. Pewnego wieczora podczas kolacji gospodarz wyraża zgodę by Antoni poślubił starszą córkę. Wtedy młodsza córka Maria z płaczem oznajmia że jest przy nadziei z Antonim, wściekły ojciec oznajmia że przyniosła mu wstyd i nie dostanie posagu, mają się wynosić z jego domu. Wczesną wiosną 1907 r Antoni z brzemienną Marią idzie pieszo do Pabianic za zaoszczędzone pieniądze a może za wojskowe jeszcze i wynajmuje mieszkanie przy końcu ul. Świętokrzyskiej (byłem tam 1950-1951) i tamże rodzi się syn Roman. Powstający przemysł potrzebuje ludzi do pracy, chętni zbierają się na placu przy kościele św. Mateusza i tam wybierani do różnych prac przez majstrów. Antoni średniego wzrostu, krępy – najczęściej wybierany do prac rozładunkowych na budowie fabryki Endera. Silny i chętny do pracy i że jest piśmienny dostaje prace placowego. Rodzą się następne dzieci, Genowefa, Wiktor i Irena. Rytm życia w mieście reguluje syrena fabryczna Endera rano – o szóstej rozpoczęcie pracy o dwunastej przerwa obiadowa o trzynastej krótki gwizd, koniec obiadu i do osiemnastej. Koniec pracy. Maria, jak inne kobiety zajmuje się domem i dziećmi, w południe, tak jak inne kobiety niesie mężowi obiad. W sobotę żony z dziećmi idą pod fabrykę po tygodniówkę (wypłacana co tydzień) by mężowie nie szli do pięciu szynków wokół rynku (po 1945 r. były jeszcze cztery) Maria, jak większości rodzin trzymała kozę było gdzie paść ją niedaleko pola, lecz chłopaki większości czasu spędzali na zabawach z rówieśnikami na łąkach lub placu magazynowym mojego ojca. W domu nie jest lekko, ubrania, szkoła dla czwórki dzieci które mając pobłażliwego ojca znikają na całe popołudnia matka nie może doprosić się by wyprowadzili kozę. Roman kończy edukacje na trzeciej klasie, nie było obowiązku szkolnego, niektóre dzieci nie chodziły wcale do szkoły lub jej nie kończyli. W 1919 r odwiedza ich brat Antoniego – Stefan, wraz z żoną, służył w wojsku na kresach i tam ożenił się z posażną panną w mieście Równe (obecnie Ukraina). Było to wielkie święto w rodzinie bo przyjechał bogaty wujek z kresów wschodnich. W czasie rozmów o lepszym życiu w dalekim mieście, widząc warunki w jakich żyją, zaproponował że zabierze 12-letniego Romana ze sobą do Równego. Rodzice godzą się bo zostanie im trójka dzieci, w tym najmłodsza Irena co miała roczek. Genowefa i Wiktor zazdrościli Romanowi, że to on został tym wybrańcem, lecz niedługo w liście do rodziców pisał, że chce wracać domu, bo tam musi chodzić do szkoły i terminować szewstwo. Nauczony w domu pełnej swobody trudno mu adaptować się do nowych warunków życia. W 1930 r kończy się zasadnicza budowa fabryki Endera, likwidują plac budowlany a Antoni dostaje prace stróża nocnego co wiąże się z mniejszymi zarobkami. Dorywczo pracuje przy budowie domu majstra – Niemca – na dawnym placu przy ul. Ewangelickiej (stoi do dziś). Nie pamiętam nazwiska tego Niemca, tylko opowiadania babci że pracował na przędzalni u Endera. Maria często jest zapraszana do pomocy, w domu Niemca mieli dwie córki i chorowita żona potrzebowała pomocy. Antoni zaczyna niedomagać, może to skutek dawnych urazów wojennych, może to że został zdegradowany z placowego na stróża, staje się bardzo zgryźliwy. Felczer fabryczny uznaje go niezdolnego do pracy i zostaje zwolniony. Nie było wtedy zwolnień lekarskich, robotnik był potrzebny gdy był zdrowy i mógł pracować. Po kilku miesiącach Antoni umiera w 1935 i zostaje pochowany na cmentarzu przy rzece (katolicki cmentarz placem sięgał wtedy już wschodniego brzegu Pabianki). Jeszcze w czasie choroby majster Niemiec załatwia pracę Marii jako kawiarka omiataczka na przędzalni. Zmienił się rytm pracy, z jednozmianowej na dwie lub trzy zmiany i fabrykant miał obowiązek dostarczyć kawę zbożową robotnikom. Żona majstra wymaga częstej pomocy i w 1936 r proponuje by zamieszkała w ich domu, Maria przyprowadza ze sobą kozę, której mleko miało posiadać właściwości lecznicze.
Wracam do 1933 r. Córka Genowefa wychodzi za mąż za Leonarda Szefera i wyprowadza się od Marii. W 1935 roku Wiktor żeni się z Heleną Miszczak i zamieszkują u teścia w Piątkowisku. Irena wychodzi za Zygfryda Kubke w 1937 r i mieszka z Marią. Nie znam daty ślubu Romana, pamiętam, że w 1944 r. byliśmy z mamą w odwiedzinach u wuja Romana to już poznałem ciocię Stasię (obecna ul Wspólna, u Banata) W 1950 r. Maria idzie na emeryturę, dom przejmuje P.Z.P.B. dostaje w zamian małe mieszkanko na piętrze na ul. Konopnickiej a Irena już z czteroosobową rodziną dostaje oddzielne mieszkanie. Wracając do przeprowadzki na ul. Konopnicką, Maria musi sprzedać kozę, która miała małą kózkę, nowy właściciel nie chce przychówku. Babcia daje mi małą kózkę, którą na sznurku przeprowadziłem przez całe miasto do drugiej babci – do Piątkowiska. Nie wiem co się z nią stało.
W grudniu 1960 roku umiera babcia Maria, kondukt pogrzebowy szedł ul. Armii Czerwonej do Waryńskiego dalej do Orla i tam karawanem na cmentarz. Trumna z domu do Orla była niesiona na ramionach ja też niosłem część drogi, byłem wtedy w wojsku. Pochowana na uporządkowanej części cmentarza od strony rzeki.
CMENTARZE PABIANICKIE
GRÓB ANTONIEGO WALCZAKA
Moja wiedza oparta na książkach „Cmentarze Pabianickie” i Pabianice 1939-1945 autorki Alicji Dopart i są dostępne w Muzeum pabianickim. Wzmianka o cmentarzu na górce, obecnie znajduje się Kościół św. Floriana na ul. Warszawskiej powstał w 1810 roku i był czynny do 1897 (tu korekta – oficjalnie był czynny tylko przez około 15 lat, do 1825 roku choć faktycznie pochówków zaprzestano dopiero przed wybudowaniem kaplicy św. Floriana w 1899 roku). Obejmował teren od kaplicy do ul. Pustej obecnie P. Skargi i obecnej ul. Sadowej (tu kolejna poprawka: Sadowa to była do 1989 roku – i ciekawostka: że Skargi miała nazywać się Pustą, skoro nazywała się Tuszyńską od bodajże XVII wieku…). Przez Europę przechodzi zaraza, władza postanawia o powstaniu nowego cmentarza i w 1825 roku zakupiono grunty na końcu wsi Jutrzkowice. Teren zostaje ogrodzony parkanem z wydzieloną częścią na cmentarz Niemiecki, Cmentarz ma wydzielone alejki i kwatery grzebalne a w 1885 wybudowano murowaną kaplicę. Część nadrzeczna była po prostu łąką, zaczęto tam grzebać zmarłych jak się komuś spodobało prawdopodobnie bez opłat. Jest jeszcze wzmianka o dawnym cmentarzu na ulicy 20 stycznia gdzie obecnie stoi strażnica Ochotniczej Straży Pożarnej. Rok 1950 miasto przystępuje do porządkowania części cmentarza nad rzeką pewno były ogłoszenia o możliwości przeniesienia mogił w wyznaczone kwatery. Nikt z rodziny jak też około 140 innych rodzin nie przeniosło grobów. W książce Alicji Dopart jest około 140 nazwisk i imion między innymi Antoni Walczak. Niektóre mogiły miały ładne nagrobki z piaskowca, które przeniesiono na alejkę nazwaną Aleją Zapomnianych, obecnie są odnawiane za pieniądze z kwest. W 1950-51 powstał zbiorowy grób Żołnierzy Polskich poległych w obronie Pabianic i okolic z września 1939 roku. Postawiono obelisk i kwatery mogił z betonowymi krzyżami, po niewielkich pracach konserwatorskich stoi do dziś. W końcu cmentarza po lewej stronie nad rzeką wytyczono cmentarz Żołnierzy Radzieckich poległych w walkach o wyzwolenie Pabianic i okolic w styczniu 1945 roku. Dokonano ekshumacji zwłok z Dobronia, Chechła, Ksawerowa i Pabianic, tutaj mogiła była na skwerku przed Kościołem św. Mateusza, mieszkaliśmy naprzeciw i byłem świadkiem przekładania zwłok do trumien niemieckich żołnierzy poległych w 1945 pochowano obok mogił poległych w pierwszej wojnie światowej w 1917 r. Mogiła znajdowała się w parku Wolności od strony ul Łaskiej i ekshumowano je w latach 70 tych (dokładnie nie pamiętam), pozostały tylko głębokie rowy (do dziś).
Prawdopodobnie, w 1949 roku podczas odwiedzin babci Marii, tata rozmawiał ze swoją mamą i po tej rozmowie wyszliśmy furtką na łąkę dalej była rzeka, pasły się tam kozy i owce (prawdopodobnie) pierwszy raz zobaczyłem kozę. Szliśmy dalej i tam były kopczyki – niektóre miały krzyże. Tata chodził coś oglądał w końcu zawołał mnie mówiąc tu leży twój dziadek, był tam mały kopczyk porośnięty jakimś zielem z małą tabliczką na drewnianym krzyżu. Nie pamiętam czy widziałem dziadka tylko gdy wróciliśmy, to babcia zapytała czy stoi krzyż. Następnie na cmentarzu byłem dopiero w 1960 roku w czasie pogrzebu babci. Ale pamiętam, że byłem kilka razy na pogrzebach sąsiadów wraz z mamą bo tata nie chciał chodzić. Jak pamiętam, to w latach powojennych nie było zwyczaju odwiedzać grobów zmarłych. Czyniono to przed Świętem Zmarłych lub w święto, czyszczono mogiły ubierano świerkiem obsypywano piaskiem i zapalano zwykłe świeczki. Tylko bogaci mieli nieliczne pomniki i nagrobki. Większości mogił była obsadzona bukszpanem, tak było nie tylko w Pabianicach, ale i na innych cmentarzach. Dopiero w latach 60-tych nastąpiła era lastriko, część betonu z fabryk domów szła do kamieniarzy na budowę pomników. Przy nich stawiane są ławeczki gdzie wdowy siedzą czekając na towarzystwo, oceniając inne pomniki. W czasie święta zmarłych na cmentarzu jest rewia mody niezależnie od pogody zakładają futra z lisów, norek, kóz, baranów. Na cmentarzu unosi się zapach naftaliny i smród ze zniczy z dodatkiem łoju. Pierwsze znicze były w spodku gipsowym z knotem i później szklane z nakrywkami. W latach 60-tych na cmentarzach są tłumy, są kolejki do przejść i wyjść z cmentarza. Nowa technologia obróbki kamienia pozwala na wykonywanie płyt z bardzo twardych granitów różnego koloru. Trudno by mi było określić miejsce grobu dziadka bo pamiętam jako dużą łąkę. Być może szczątki jego są pod wytyczonymi alejkami, albo jak mi powiedział pracownik cmentarza, podczas kopania grobu często natrafiali na szczątki zmarłych które przenosili do grobu po prawej stronie kaplicy, jest tam tabliczka „Szczątki grobów zaniedbanych”. Tam właśnie co roku zapalam lampkę z myślą o dziadku.
Chcę się podzielić pamięcią o pogrzebie żydowskim. Na podstawie książki „Pabianice 1939-45”, w Pabianicach mieszkało prawie szczęść tysięcy Żydów. Natomiast w spisie w getcie w 1941 było już około 5 tysięcy. Część bogatych żydów uciekła w 1939 roku przed wejściem Niemców. Po wojnie w 1947-48 do Pabianic wróciło kilka rodzin, do mojej klasy chodziła żydówka która miała ok 14 lat ja 9 lat. Społeczeństwo było źle nastawione do Żydów. Pamiętam jak opowiadali, że Żydzi zabijają małe dzieci a krew biorą do macy. Wiosną, w kwietniu lub maju chłopaki zawołali mnie innych na ul. Konstantynowską tam na podwórku Żydzi z prześcieradeł zrobili namiot, klęczał tam Żyd na głowie miał białą ścierkę a w rękach paski, kiwał się do przodu i do tyłu coś mrucząc. Ciekawość była większa niż strach. Pewnego razu sąsiadka Gabara, która mieszkała od przed wojny na starym mieście pytała się mojej mamy Heleny czy chce iść za płaczkę do Żyda. Mama odmówiła. Następnego dnia słychać na ulicy lament, dla nas chłopaków sygnał że coś się dzieje. Jedzie dziwny wóz ciągniony przez konia za nim kilka polskich kobiet zawodzą, lamentują, dalej grupka Żydów. Kondukt w asyście chłopaków prawie z całego miasta idzie ul. Zamkową do Konopnickiej, dalej Orla do Cmentarnej i Karolewską na Kirchol. Cmentarz żydowski zajmował teren od ul. Śniadeckiego i obecny plac węglowy ciepłowni miejskiej. Był tam wykopany grób, z tego dziwnego wozu wyjęli nieboszczyka jakby na leżaku w szarym worku i włożyli do grobu. Czterech mężczyzn w szarych sukienkach przepasanych ciemnymi pasami zasypywali grób, kobiety cały czas zawodziły. W pewnym momencie żałobnicy zaczęli prawie biegiem rozchodzić się w różne strony. Dopiero później dowiedziałem się, że uciekali by dusza zmarłego nie poszła z nimi. Po 1950 r. nie spotkałem już w Pabianicach żadnego Żyda.
Rodzeństwo Antoniego Walczaka
Stefan Walczak ur. 1882 w Pabianicach W wieku 19 lat wcielony do carskiego wojska, brał udział w pierwszej wojnie światowej jako rosyjski żołnierz. Później w szeregach powstałej armii polskiej walczył z bolszewikami. Został w wojsku na wschodnich kresach powstałej Polski, w mieście Równe (obecnie Ukraina). Poznaje tam posażną pannę, z którą żeni się w 1919 roku. Wraz z żoną odwiedza rodzinę w Pabianicach, widząc trudne warunki życia rodziny proponuje że zabierze najstarszego syna (syna) Romana na kresy do miasta Równe. Józef Walczak ur. w 1886 r w Pabianicach. Nie służył w wojsku, ożenił się w wiosce Marszewiec koło Zelowa. Dalsze losy w moich zapiskach Zofia Walczak ur. 1890 r w Pabianicach była zamężna (nie pamiętam nazwiska) mieszkali na ul. Zielonej pod nr. 7 lub 9 naprzeciw parku (dziś to park Jordanowski). Podczas odwiedzin babci w 1951 lub 1955 był tam Jurek Kubka, ubiegł mnie w przyniesieniu węgla i drewna. Babcia dała nam po 5 zł i kazała zanieść paczkę do cioci Zosi. Jurek był tam częściej – przedstawił mnie cioci. Tam poznałem wnuka cioci, Władka – miał wtedy około 22 lata a my po 12. Spotkaliśmy się czasem w mieście „cześć-cześć”, po 1962 r kontakt się urwał, bo zamieszkałem w innej części miasta.”
Na tym kończą się jego zapiski.
Czuć niedosyt – mimo wszystko, prawda?