Brudno tu!

Ci, którzy znają mnie nieco lepiej wiedzą, że nic mnie tak nie poirytuje jak wychwalanie pod niebiosa piękna, uroku i wspaniałej przeszłości wobec wszech ogarniającego nas rzekomo miejskiego syfu, degrengolady i schodzenia na psy wszelkich przejawów resztek kultury. Od dawna, nawet od bardzo dawna nosiłem się z zamiarem napisania rozprawki w tej „sprawce”. Generalnie już gdzieś tam sporadycznie wspominałem o tym, czasami w komentarzach pod różnymi wypowiedziami, usiłując niejako wyświetlić moim czytelnikom, że gloryfikacja przeszłości to chyba najgorsze, co można jej zrobić. Ale to jak jeden krzyk w lesie. krótki, niezbyt donośny, bez przekonania…
Zanim jednak przejdę do meritum, kilka zdań podzięki dla:
Niezawodnej szperaczki artykułów prasowych, znawczyni miasta i jego nieco bliższej nam historii – Iwonki Krakowskiej, dzięki której ten tekst czytacie teraz a nie za kilka miesięcy (bo od momentu, kiedy poprosiłem ją o pomoc w wyszukaniu potrzebnych mi przykładów do ich podesłania minęło może kilka godzin, a nie tygodni czy wręcz miesięcy, jak w niektórych innych przypadkach wnoszenia próśb o pomoc), gdyż bez historycznych dowodów w postaci artykułów prasowych oraz fotografii z tamtych czasów mało kto zechciałby uwierzyć mi na słowo.
Dzięki również szanownemu „konkurentowi” memu, kolekcjonerowi i pasjonatowi naszej pabianickiej ziemi Sewerynowi Gramborowi za udostępnienie mi fotografii, będącej częścią tableau absolwentów szkoły handlowej, mieszczącej się wówczas w kamienicy przy Pułaskiego 14. Na odwrocie widnieje napis: „Zjazd 17 czerwca 1910r.”
Fotografii będącej w zasadzie spustem, która wyzwoliła cały mechanizm skojarzeń, powodując potrzebę przelania tego wreszcie w jedną, względnie spójną całość.

Zacznę więc od rzeczonego kadru.

Ze zbiorów Seweryna Grambora

I jak się wam podoba jeden z dwóch najstarszych obiektów architektonicznych naszego miasta? Brakuje chyba tylko pomazanych sprayem (wybaczcie: pędzlem) jakichś antycarskich napisów, bo kadr pochodzi z 1910 roku – lub wcześniejszego.
Jak mawia porzekadło: Obraz wart tysiąca słów.
Nędza i rozpacz?! To jakby nic nie napisać.
Aż dziw bierze, że ten budynek pełnił wówczas rolę Magistratu (od 1833 roku!), głównego budynku najważniejszych urzędników miejskich, i nie wnikam już za bardzo, że to byli carscy urzędnicy, ale taki jego widoczek prezentował się dekadami. Niszczejąca fasada, kompletnie zaniedbana i pozostawiona sama sobie na zniszczenie. Chyba tylko cud uratował nasz dwór od wielkiego (i wcale nie ostatniego) pożaru miasta z 1760 roku kiedy z dymem poszło całe miasto z wszelkimi zabudowaniami dworskimi wraz z inwentarzem, bo pewnie zniszczałby jeszcze szybciej a dziś rosła by tu tylko trawka, może z klombem tulipanów czy innych kwiatków, dokonując swego istnienia jak kościół św. Krzyża, który poszedł z dymem ostatecznie i bez kolejnej odbudowy w 1797 roku, którego mury niszczały jeszcze przez sto kolejnych lat, cyt.: z Monografii miasta M. Barucha (1902): „Ciężki upadek materyalny miasta i ówczesne wypadki polityczne nie sprzyjały odbudowaniu kościółka. Pozostałe mury powoli rozsypały się w gruzy. Uprzątnięto je przed niedawnym czasem, otwierając w tem miejscu nową ulicę. (dziś to wylot ulicy Kopernika przy Skargi).”
Tak, wiem. To wymaga usprawiedliwienia zaborem carskim, sytuacją polityczną kraju, którego nie było na mapie już prawie od wieku, czasy były zdecydowanie cięższe, ale jednak… Dopiero odzyskanie niepodległości sprawiło, że dwór odzyskał choć część dawnego, wierzchniego splendoru.

Ale to tylko jeden budynek. I nie miałem go bronić, ale odzierać z tej glorii 😉
Zatem czas przejść dalej.

Głos Pabianicki 29 maja 1938

Sięgnijmy więc o krok obok, do parku. Problem płytkiego koryta był nam znany od zawsze, jak widać. Na szczęście tamte czasy i sytuacje słusznie już przeminęły, ale zanim to nastąpiło, trzeba było się naszym pradziadkom dusić się w tym smrodzie, który wynikał również z braku tak dziś oczywistej – kanalizacji miasta. Wówczas wszystko pływało po bruku. w pobocznych rynsztokach, nad którymi przy skrzyżowaniach przerzucano kładki – mostkami zwane, ale przecież wszystko tam trafiało. od resztek z obiadów, po zmarnowane produkty, stare sprzęty domowe, aż po fekalia, które też musiały być gdzieś zbywane przez lokatorów. I o ile zimą było to jeszcze znośne dla nosów i oczu, bo często kryło się pod śniegami, to w inne pory roku a zwłaszcza w lato, smród był wręcz niewyobrażalny. A do tego dochodziły jeszcze inne atrakcje, o których poniżej, w kolejnym artykule.

Gazeta Pabjanicka 28 listopada 1926

Ktoś mógłby powiedzieć, że cóż z tego, skoro nie mieli kanalizacji, to jak mogli pozbywać się tego inaczej? Cóż, koła nie myślę wycudować od nowa, nie dam wam na to żadnego panaceum, historii się nie cofnie i póki nie wykopano kanalizacji, nic się w tej materii nie zmieni jeszcze przez kolejne dekady. A są jeszcze miejsca dziś, gdzie można poczuć takie zapaszki w naszym mieście…

Ale dajmy już spokój ulicom i ich problemom z nieczystościami.
Zajrzyjmy może więc w jakieś bardziej ustronne miejsce, może niekoniecznie na odludziu, gdzie chęć zadbania o porządek może być znacznie słabsza niźli bliżej centrum i głównej osi miasta… Wybierzmy się więc na spacer na bulwary, zwane dziś bulwarami Feliksa Kruschego. Do około połowy lat 30-tych teren ten był niczym więcej jak zwykłym, choć dość sporym, jak na Dobrzynkę – naturalnym rozlewiskiem, zagrażającym notorycznie podmywaniem ulicy Grobelnej. Teren ów znajdował się w posiadaniu rodzin Krusche i Enderów i w końcu Magistrat zażądał od nich aby uporządkowali parcelę, wyregulowali koryto rzeki, wzmocnili jej brzegi, samą ulicę Grobelną – miało to być wykonane przez nich lub zostali by wywłaszczeni z tego gruntu i miasto by to zrobiło. Oczywiście do wywłaszczenia nie doszło, ale za to rodzina wykosztowała się na solidną inwestycję, której widok jest aż po dziś dzień aktualny. Mamy bulwary, rzekę z prostym korytem, groblę dzielącą przebieg Dobrzynki na dwie nitki, z czego zachodnia zasila basen p-poż, choć nie wiem, czy kiedykolwiek posłużył choć raz w takim celu. Zaniknął tylko odcinek koryta po północnej stronie ulicy Grobelnej – dziś pod parkingiem hotelu „Wełna”.
Jednak, czy zawsze było tak tak miło, zielono i kolorowo? Ano przeczytajmy…

A im dalej w las, tym więcej drzew, jak mawia stare porzekadło…

Pójdźmy dalej…

I jeszcze takie coś:

I coś tak ogólniej, zebrane w jednym artykule:

Na deser, bo to jednak też element miasta, choć już wspólny z sąsiednią Łodzią, czyli słów kilka o stanie wnętrz taboru tramwajowego:

A do tego obrazka dodajmy jeszcze dymy z dziesiątków kominów i wcale niezbyt wysokich, zatruwających powietrze nader skutecznie, wspomnijmy watahy bezpańskich psów, legiony wiecznie wygłodniałych szczurów, smród chemii z włókienniczych farbiarni… Sam pamiętam jeszcze doskonale smród chemii spuszczanej z Pamotexu do Dobrzynki spustem na końcu parku, dając fioletowy zafarb całego koryta czy kiedy „czyszczono” kominy, że smród niósł się po całym mieście godzinami, a to już było o wiele później od czasów, które wyżej opisałem.
Reasumując…
Czy kiedyś było piękniej? Przytulniej? Bardziej elegancko?
Idealizowanie ma sens w bajkach, ale historyczna rzeczywistość, nawet jeśli częściowo zapomniana, daje się jeszcze odsłonić i przypomnieć, że nie była wtedy tak pięknie, jak by się mogło chcieć zapamiętać. Więcej drzew czy „alejki” na Zamkowej od prząśniczek do Pułaskiego to tylko bardzo skromny udział w upiększaniu wspomnień z miasta… Ale wiele wypieramy z pamięci, by nie czuć tego niesmaku już dłużej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *